Chybione wyobrażenia profesury KUL o naturze multikulturalizmu i jego propagatorach

Pour plus de diversite! Anti-SVP campaign.

Wydźwięk tego plakatu wymierzonego w przeciwników multi-kulti w Szwajcarii jest chyba inny, niż multikulturaliści chcieli…

Ostatnio został opublikowany w Naszym Dzienniku tekst pt. Bankructwo utopii multi-kulti, autorstwa Prof. Mieczysława Ryby (kierownika Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku KUL). Tekst ten zawierał wiele całkowicie błędnych twierdzeń. Pozwalam sobie zamieścić polemikę z tym tekstem, bo problem multi-kulti będzie w Polsce narastał, a Polacy nie mają w ogóle wiedzy niezbędnej do skutecznej oceny zjawiska, co gorsza – są dezorientowani przez osoby, które z racji posiadanych kierunkowych tytułów naukowych powinny rozumieć problem – a zupełnie sobie nie radzą z jego ogarnięciem. Brak zrozumienia problemu, jego podłoża – oraz środowisk go propagujących i ich intencji jest niezwykle niebezpieczny, ponieważ gwarantuje, że nie da się powziąć odpowiednich środków zaradczych – czyli zażegnać niebezpieczeństwa, póki jeszcze nie jest za późno.

Bankructwo utopii multi-kulti to bardzo kiepski tekst. Multikulturalizm / „multi-kulti” to nie określenie na współistnienie kultur, tylko eufemizm maskujący wymuszone uwieloetnicznianie społeczności zamieszkujących państwa zachodnie. Wielokulturowość w Polsce to mogłaby być na przykład- nie grożąca niczym koegzystencja prawosławia, katolicyzmu i protestantyzmu, koegzystencja górali i kurpiów- a nawet polskich Tatarów, do dziś wyznających islam. Nie to jest istotą problemu.
Multi-kulti to ściąganie/przyzwalanie na przyjazd i osiedlenie grup etnicznych obcych w danym miejscu. Afrykańscy Murzyni w Szwecji, Turcy w Niemczech, Arabowie w Norwegii. To nie są problemy „kulturowe”. To jest wstrzelenie obcych mniejszości etnicznych i spacyfikowanie protestów społecznych kastetem „nazizmu” i „ksenofobii”. Cel tych działań jest jasny- stworzenie maksymalnie skłóconych wewnętrznie społeczeństw zamieszkujących niegdyś narodowe państwa. Takie zatomizowanie interesów społeczności zamieszkujących państwa to etap wstępny demontażu państw.
Kilka uwag do tekstu pana profesora:

Multikulturalizm jako idea rozwinął się na Zachodzie na skutek rewolucji kulturowej lat 70. i 80. Rozpowszechniana ona była przede wszystkim przez Partię Zielonych i inne grupy lewackie funkcjonujące na Zachodzie. Zjawisku temu towarzyszyła wszechobowiązująca wręcz teza o równości kultur i cywilizacji.

Multikulturalizm to idea, którą forsują syjoniści rękoma otumanionego przez nich lewactwa we wszystkich państwach, w których mogą to robić (poza Izraelem). Obwinianie „lewactwa” to ignorowanie prawdziwego źródła problemu i perfidii manipulatorów wmuszających całemu światu multikulti. Problem został dobrze zdiagnozowany przez D. Duke’a w filmie „How Zionist divide and conquer” (pierwszy film w tekście Multikulti metodą destrukcji państwa narodowego).
Gwoli wyjaśnienia kwestii panu profesorowi dodam, że wszystkie „kultury” są sobie równe … póki siedzą u siebie w domu i nie składają nieproszonych wizyt tym, którzy o wizyty nie proszą. W tym sensie „kultura łacińska” nie jest w niczym lepsza ani gorsza od pozostałych (abstrahujemy od liczby nieproszonych wizyt, które złożyła na całym świecie- niejednokrotnie eksterminując populacje, z którymi się zetknęła).

Od strony merytorycznej twierdzenie to nie wytrzymuje krytyki, gdyż specyficzne systemy kulturowe zostały też wytworzone przez totalitarne ideologie, a nikt wszak nie twierdzi, że komunizm czy narodowy socjalizm to tak samo dobre systemy kulturowe jak kultura łacińska.

Pan profesor (mimo specjalizacji – jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku KUL) raczy nie dostrzegać, że ani „komunizm” ani „narodowy socjalizm” nie są kulturami ani „specyficznymi systemami kulturowymi” na tyle, by porównywanie ich z „kulturą łacińską” było uprawnione.

Uważano, że tożsamość europejską można budować na wzór amerykańskiej, przy jednoznacznym osłabieniu przywiązania do dziedzictwa narodowego. Stąd pojawił się pomysł sprowadzenia ogromnej liczby emigrantów z krajów nieraz odległych Europie kulturowo. Uważano, że owych emigrantów da się bardzo szybko zasymilować na bazie postmodernistycznego konsumpcjonizmu.

Odmienność „kulturowa” to mało. W Polsce Rosjanin (kultura bizantyńska) zasymiluje się w ciągu jednego pokolenia. Czarnoskóry imigrant z Afryki- nie zasymiluje się, jego dzieci również nie. Człowiek rasy żółtej, Arab- także nie. Bo od populacji państwa, w którym się osiedlają oddziela ich nie tylko „kultura”, ale i etniczność/antropologia- widoczna przez wiele pokoleń na pierwszy rzut oka. I istota „multikulti” nie polega na tym, że ignorujemy różnice wynikające z tego, że nasz kolega ze szkolnej ławki jest muzułmaninem, nie jada wieprzowiny, uznaje „seksistowski” (tylko w naszym wyobrażeniu!) model relacji rodzinnych. My mamy udawać, że nie widzimy, że nasz kolega ma czarną/śniadą skórę. Rozumie pan, panie profesorze? Nie o „łacinę” czy „bizancjum” się tu rozchodzi.

Najbardziej jaskrawym przejawem kryzysu stały się zamachy terrorystyczne, od zamachu na World Trade Center poczynając, poprzez zamachy na londyńskie i madryckie metro, a kończąc na zamieszkach narodowościowych w Paryżu czy Londynie. Świat zachodni nagle zdiagnozował bankructwo idei multi-kulti i zaczął się bronić przed napływem emigrantów, w szczególności z krajów islamskich.

Pan profesor raczy ignorować, że zamachy na WTC to była operacja pod fałszywą flagą (false flag operation), pretekst do ataku na Irak i Afganistan, a nie żaden „zamach” „dowodzący bankructwa” multikulturalizmu. W Londynie do zamachu doszło również w wielce podejrzanych okolicznościach (w dniu przeprowadzania sprawdzianu gotowości do obrony przed takim atakiem). W Madrycie celem ataku nie było metro, tylko kolej podmiejska. Ten jeden zamach godził w interesy NATO, bo doprowadził do wyprowadzenia kontyngentu hiszpańskiego z Iraku- więc w tym jednym przypadku istotnie mogli zaatakować autentyczni terroryści (pod warunkiem, że to nie nieprzewidziane skutki operacji pod fałszywą flagą!).

Ta plejada różnorakich wypowiedzi polityków, dziennikarzy, ludzi znanych z życia naukowego czy społecznego obrazuje ogromny kryzys społeczny, jaki pojawił się na zachodzie Europy po długotrwałym realizowaniu projektu pt. multi-kulti. Oczywiście sama diagnoza kryzysu nie skutkuje znalezieniem prostego lekarstwa. Wydawać by się mogło, że najbardziej logiczną drogą byłby dla Europejczyków powrót do korzeni narodowych i chrześcijańskich Starego Kontynentu.

Jest recepta prostsza. Uniemożliwić dalszą kolonizację- i łagodnymi metodami zachęcić już przybyłych gości do powrotu do ich rodzinnych krajów. Do korzeni niech natomiast wracają zainteresowani (profesorowie z KUL i nie tylko) na własny rachunek, bo niewątpliwie jest to lekarstwo, ale nie na omawianą chorobę.

Otóż tak naprawdę problem polega na kompletnym niezrozumieniu istoty rzeczy. Zasadniczą kwestią nie jest to, że ludzie różnych kultur żyją obok siebie (zobacz: I Rzeczpospolita). Tak było od wieków. Problem polega na tym, że nie da się żyć wszystkimi kulturami naraz, po prostu człowiek “multikulturalny” nie istnieje lub jest on totalnym relatywistą wyzutym z konkretnych treści. Dochodzi do czegoś, co Feliks Koneczny określił mianem mieszanki cywilizacyjnej.

To nie multikulturalizm rozsadzał I i II Rzeczpospolitą, tylko wieloetniczność (vide Judeopolonia – żydowskie państwo w państwie polskim). Żydzi byli obcy zarówno etnicznie jak i kulturowo. Pielęgnowali swoją odrębność etniczną do tego stopnia, że współcześnie występują wśród nich specyficzne choroby wynikające z krzyżowania krewniaczego. Ukraińcy nie chcieli własnego państwa ze względu na swoją odrębność kulturową od Polaków- tylko ze względu na odrębność etniczną. Również niechęć Litwinów do Polaków nie brała się z różnic kulturowych (czego ukoronowaniem byli strzelcy ponarscy).

Widzimy zatem, że idea multikulturalizmu upada dziś na naszych oczach, gdyż u jej źródła stoi postmodernistyczna ideologia skrajnie niechętna tradycji chrześcijańskiej i narodowej, dodajmy stanowiących podstawę tożsamości europejskiej. W imię utopii skutecznie niszczono wielowiekową tradycję.

Pan profesor ustawicznie myli kwestie etniczne (narodowe) z religijnymi i kulturowymi. W omawianym przypadku zastosowanie ma jedynie kryterium etniczne. Bankrutuje wizja kolonizacji narodowych państw europejskich przez kolorowe mniejszości, a nie „kultury łacińskiej” przez cywilizację indyjską, „murzyńską” czy „arabską”. Tożsamość europejska nie istnieje jako taka. Nie ma języka europejskiego ani narodu europejskiego. Prędzej już istnieje tożsamość słowiańska, przebiegająca w poprzek kultur i „europejskości”. Ta tożsamość wynika z pokrewieństwa języków i przynależności do określonej grupy ludów.

Z naiwnością dziecka wydano u nas walkę z klasyczną, chrześcijańską kulturą narodową, czego przejawem są różnorakie inicjatywy partii Palikota czy wypychanie lekcji historii z programów szkolnych. O tragicznych skutkach zepchnięcia chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej wielokrotnie pisaliśmy. Wielce tragiczne jest również niszczenie tradycji narodowej w imię dawno przebrzmiałej utopii. Walka z tysiącletnią tradycją wielkiego Narodu musi wszak skończyć się katastrofą. Równie niezrozumiała jest zażarta walka z ideą państwa narodowego jako rzekomo tworu ksenofobicznego, generującego różne wojny i konflikty.

Nie ma czegoś takiego jak „chrześcijańska kultura narodowa”. To, co robi Palikot jest zwykłą propagacją deprawacji i dewiacji, która godzi w moralny porządek życia narodu (każdego), niezależnie od jego „kultury” i religii. Wypychanie lekcji (zakłamanej) historii ze szkół pozbawia Polaków świadomości i tożsamości narodowej, opartej o wspólnotę dziejów i świadomość roli narodu w życiu jednostki oraz obowiązków jednostki wobec narodu. Zwiększenie liczby godzin religii nie zwiększy świadomości narodowej Polaków ani na jotę. Rozumie Pan, panie profesorze, że nie tu pies pogrzebany? Nie „tradycja” jest niszczona, lecz świadomość i więź- oparta nie na religii- lecz na poczuciu wspólnoty narodowej, etnicznej. W kwestiach ksenofobii warto poczytać „Ksenofobia jako objaw świadomości narodowej”

Podsumowując, trzeba stwierdzić, że ideologia multi-kulti zbudowana na postmodernistycznym nihilizmie doprowadziła do ogromnego kryzysu cywilizacyjnego w Europie, z którego wyjście jest możliwe tylko poprzez powrót do kulturowych korzeni chrześcijańskich i narodowych naszego kontynentu. Można nawet zaryzykować tezę, że albo elity europejskie ten problem zobaczą, albo stara Europa podzieli los wielu znaczących, historycznych cywilizacji, czego najlepszym przykładem jest upadek starożytnego Rzymu, który się dokonał przed wiekami.

Sicherheit schaffen. Anti-immigrant SVP campaign.

Ideologia multi-kulti jest zbudowana na syjonistycznym szowinizmie, a nie- postmodernistycznym nihilizmie. Jest narzędziem destrukcji narodów – nie poprzez niszczenie ich kulturowo, tylko poprzez czynienie z państw narodowych etnicznych tygli, prowokowanie konfliktów na tle rasowym i etnicznym tam, gdzie ich nigdy (z racji homogeniczności populacji) nie było. Rozwiązaniem problemu jest, jak już wspomniałem „Uniemożliwić dalszą kolonizację- i łagodnymi metodami zachęcić już przybyłych gości do powrotu do ich rodzinnych krajów.” Narodowe odrodzenie w Europie jest dziś faktem, ale odbędzie się ono na innej drodze niż rechrystianizacja, głównie z tej przyczyny, że, jak zauważył dawno temu Dmowski, w chrześcijaństwie nie ma niczego narodowego- jest ono w swojej istocie kosmopolityczne. Wojna o rechrystianizację jest wojną Watykanu, kościołów w poszczególnych państwach- i zaangażowanych wiernych, którym prozelityzmu na płaszczyźnie prywatnej nikt nie ma prawa zabronić. Wojna o odrodzenie narodów, odbudowę tożsamości i więzi narodowej oraz powstrzymanie najazdu to wojna narodowców- i w tej wojnie Watykan ani żaden kościół narodowcom nie pomoże. Te dwie wojny toczą się na różnych płaszczyznach, które w wymiarze teologiczno-polityczno-gospodarczym nie mają punktów wspólnych. Na poziomie jednostek mogą mieć w tym sensie, że będący prywatnie katolikiem Polak może być narodowcem. Albo- antynarodowcem.

Inne teksty o podobnej tematyce:
Multikulti metodą destrukcji państwa narodowego
Ksenofobia jako objaw świadomości narodowej
Judeopolonia – żydowskie państwo w państwie polskim – jak multikulturalizm omal nie skończył się zagładą narodu polskiego

Reklamy