Stanisław Michalkiewicz – zatrute pióro do ogłupiania Polaków

Stanisław Michalkiewicz, Stanislaw Michalkiewicz

Tytułem wstępu: Felietonistyka S. Michalkiewicza wielu Polakom wydaje się wartościowa i otwierająca oczy. Niewątpliwie może być interesująca w warstwie kabaretowej – czyli formalnej. Ci  „Judajczykowie„, co to zachodzą nas od tyłu, kiedy my szerzymy „demokrację” i „wolny rynek” wśród narodów „wolnego rynku” i „demokracji” spragnionych jak chińska ambasada w Belgradzie „chirurgicznych” bombardowań, ci „starsi i mądrzejsi„… –  któżby się mógł oprzeć takim bon-mot’om?

Niestety, obok walorów kabaretowych twórczość pana Michalkiewicza obfituje w nieuczciwe chwyty retoryczne i sofizmaty (pseudologiczne toki rozumowania, trudne do sfalsyfikowania przez niekompetentnego czytelnika, np.: “Stanisław Michalkiewicz: obrzydzanie Polakom realizmu politycznego”). Cała koncepcja wytworzenia takiej postaci jak pan Michalkiewicz na polskiej scenie „blogowej” – i „przyparafialnej” scenie politycznej nie jest jednak pozbawiona określonych celów. Patriotyczno-„antysemicki” lep ma za zadanie uwiarygodnić osobę pana Michalkiewicza wśród czytelników i słuchaczy – po to, by mógł skuteczniej propagować inne tezy niż „patriotyzm” i „antysemityzm”. Chodzi o propagowanie libertariańskich (ultrawolnorynkowych a’la Mikke) poglądów ekonomicznych wśród Polaków. Po co? Po to, aby ewentualny bunt społeczny , wywołany wdrożeniem (przez ekipę Mazowieckiego-Balcerowicza  i wszystkie późniejsze) w Polsce bandyckiej wersji XIX-wiecznego kapitalizmu, którego katastrofa – czyli ostateczne załamanie neokolonialnej gospodarki III RP – być może właśnie nadchodzi, nie doprowadził do niepożądanych dla „wiadomych sił” zmian. Kiedy republikanie w USA zrozumieli, że ich polityka („reganomika”, „deregulacja”, cięcie podatków dla najbogatszych, wojny) zaowocowała katastrofą, wykreowali ruch, który miał skanalizować niezadowolenie społeczne tak, by ludzie … domagali się jeszcze dzikszego i jeszcze bardziej zderegulowanego kapitalizmu. Mowa oczywiście o socjotechnicznym tworze pod nazwą „Tea-Party”. W Polsce nie trzeba tworzyć niczego, „nasza” wersja opisanej socjotechniki oznacza  zaganianie zbuntowanych Polaków do kibucu zwanego UPR, przefarbowywanego obecnie w celach marketingowych na (bardziej „patriotyczną” i „narodową”) „Nową Prawicę” (znaną szerzej jako KNP). Dodatkowo, już kilka lat temu działacze UPR planowo zinfiltrowali środowiska ONR i przeforsowali tam libertarianizm jako program gospodarczy i ideologię (Piasecki i inni „falangici” przewracają się w grobach).

Czytaj więcej

Reklamy

Stanisław Michalkiewicz- niebezpieczny kłamca, manipulator i oszczerca

Stanisław Michalkiewicz

Do napisania poniższego tekstu zainspirował mnie – nie pierwszej już młodości tekst Stanisława Michalkiewicza „Od ateistów – lepiej z daleka”. Pan Stanisław operuje w nim bardzo nieuczciwymi chwytami, by manipulować czytelnikami. Co się stanie, jeśli identyczne nieuczciwe chwyty zostaną zastosowane wobec niego? Albo jeśli zostaną mu postawione zupełnie uczciwe pytania retoryczne? Zobaczmy (uwaga: sprawa Stanisława Michalkiewicza jest o wiele poważniejsza, retoryczna zabawa poniżej to głównie zdemaskowanie metod – ale te metody są używane przez pana Michalkiewicza w antypolskich celach, warto także zajrzeć tu: „Stanisław Michalkiewicz: obrzydzanie Polakom realizmu politycznego”).

Pisze więc pan Stanisław co następuje:

„nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” (…) Przede wszystkim – co to znaczy: „nie wierzę”? Jeśli ateista twierdzi, że „nie wierzy”, to oczywiście kłamie, bo przecież wierzy, tyle, że w coś przeciwnego, niż człowiek religijny. Człowiek religijny wierzy w Boga, to znaczy – w to, że Bóg jest – i tak dalej. Nie twierdzi bynajmniej, że WIE, iż Bóg jest. Twierdzi tylko, że w to wierzy – i to jest w porządku, to jest racjonalne, ścisłe i uczciwe. Tymczasem ateista, twierdząc, że „nie wierzy”, sugeruje posiadanie jakiejś wiedzy o tym, iż Boga nie ma.

Jeśli ten wątek czyta ktokolwiek myślący, to widzi, że Michalkiewicz próbuje metodą manipulacji znaczeniem słów dowieść, że ktoś twierdzi coś innego, niż twierdzi. Jeśli ja wierzę, że pan Michalkiewicz jest Żydem-katsą, to czy pan Boomcha/25godzina* twierdząc, że nie wierzy, sugeruje, że posiada jakąś wiedzę o tym, że pan Michalkiewicz Żydem-katsą nie jest? Niech mi pan Michalkiewicz na to odpowie. Czytajmy dalej:

Jednakże deklarując, jakoby „nie wierzyli”, sugerują, że posiadają jakąś wiedzę pewną, czyli kłamią w żywe oczy. Od takich łgarzy lepiej trzymać się z daleka, bo skoro tak ostentacyjnie kłamią w jednej sprawie, to cóż może powstrzymać ich od łgarstw we wszystkich innych sprawach?

Właśnie, panie Michalkiewicz. Czy jeśli pan w tak prostacki sposób robi czytelnika w bambuko (czyli oszukuje), to czy można wierzyć, że powstrzyma się pan od robienia czytelnika w bambuko w innych sprawach?

Wprawdzie może nie dotyczy to wszystkich ateistów, a w każdym razie ja nie wiem, czy wszyscy są tego samego zdania, ale nie ulega wątpliwości, że ateiści są bardzo licznie reprezentowani wśród zwolenników aborcji. Aborcji – a więc zabijania ludzi bardzo małych, których istnienie z jakichś względów przeszkadza ludziom większym.

Czy jest różnica pomiędzy byciem zwolennikiem Breivika a byciem Breivikiem, panie Michalkiewicz? Niech pan sobie przypomni, co pan pisał:

Dlaczego zatem państwom NATO wolno zabijać Afgańczyków, którzy nie podzielają oczekiwanego od nich entuzjazmu dla demokracji, a Andersowi Breivikowi nie wolno zabijać Norwegów, których uznał za potencjalnie niebezpiecznych dla swojego narodu? To pytanie postawił jeszcze w Średniowieczu francuski poeta Franciszek Villon, przytaczając rozmowę cesarza z morskim piratem: „Cysarz tak ozwie się surowo: czemuś iest zbóycą morskim, bracie? Aż tamten, mało robiąc głową: czemuż mnie zbóycą nazywacie? Dlatego, że na iedney łodzi? Gdybych miał statków choć ze dwieście, nie byłbych, iako iestem, złodziey lecz cysarz, iako wy iesteście!”
Powszechnie narzeka się dzisiaj na niedostatek ideowości i to nie tylko wśród „młodych”, co to nie chcą już niczego, tylko „popić, po(g)ruchać i radia posłuchać” – ale również wśród autorytetów moralnych, którzy uważają, że życie ludzkie jest „wartością najwyższą” (p.e.1984: skąd ten cudzysłów – czyżby dla pana Michalkiewicza życie było „wartością najwyższą”, a nie wartością najwyższą? Jak ma się życie poczęte do życia młodych ludzi na wyspie Utoya? Oczywiście – należy poświęcić własne życie w obronie ojczyzny, należy zabijać najeźdźców – ale określanie życia „wartością najwyższą” (w cudzysłowie) w kontekście mordu Breivika i utyskiwań nad „niedostatkiem ideowości” brzmi dość … psychopatycznie). (…)
Mamy zatem kryterium, przy pomocy którego możemy bez trudu odróżnić ideowość prawdziwą od ideowości udawanej – jeśli ktoś dla idei, którą głosi, gotów jest zaryzykować własne życie. Breivik twierdzi, że zabijając swoje ofiary liczył się z utratą życia – i rzeczywiście; policja przybyła na miejsce by go aresztować dopiero wtedy, jak skończyła mu się amunicja – podobnie jak i dzisiaj twierdzi, że przyjąłby karę śmierci. Podobnie mówił Eligiusz Niewiadomski – i został stracony. Breivik może tylko tak mówi, bo w Norwegii kary śmierci nie ma – ale czy nie warto by jej przywrócić choćby dlatego, by móc sprawdzić takie deklaracje?
Źródło: http://tinyurl.com/p8867wq

Nie piszę tego w obronie „lewaków” (ateista i „lewak” to nie to samo, mimo, że „lewak” zwykle jest ateistą; przez „lewaka” rozumiem pseudolewicowca zajmującego się „antyfaszyzmem”, organizacją „kolorowych niepodległych” i różnych „marszów równości”, natomiast ma gdzieś ludzi wyrzucanych z domów na bruk, pracowników tyrających za głodowe pensje 16 godzin na dobę i łamanie prawa pracy), tylko przeciw hipokrycie.

Zresztą nie o nią (Labudę) tu chodzi, tylko o ateistów, którzy twierdzą, ze „nie zabijają”. Jakże „nie zabijają”, kiedy właśnie zabijają, a nawet zabijanie propagują? Od takich łgarzy naprawdę lepiej trzymać się z daleka.

Wciąż nie widzę tożsamości pomiędzy ateizmem, popieraniem aborcji i zabijaniem. Z punktu widzenia sprawstwa – zabija matka, bo ona podejmuje decyzję – i lekarz, bo on morderstwa dokonuje. Zwolennik aborcji (ateista czy nie) jedynie tego zabójstwa nie potępia – lub jest zwolennikiem nieutrudniania go (co nie jest równoznaczne z byciem mordercą, więc panie Michalkiewicz jesteś pan kłamcą). Palacz zabija siebie i osoby wdychające dym w jego towarzystwie. Czy pan, panie Michalkiewicz jest zwolennikiem całkowitego zakazu palenia? Janusz Korwin-Mikke jest zwolennikiem zniesienia nakazu zapinania pasów bezpieczeństwa podczas jazdy samochodem. Nie wiem, jakie poglądy w tej kwestii ma pan Michalkiewicz. Ile osób więcej zginie na drogach, jeśli nakaz zostanie uchylony? Panie Michalkiewicz, czy potępił pan swojego kolegę Mikkego? Nie? To jest pan – zgodnie z pańską logiką – mordercą.

Po uwiarygodnieniu się przed katolikami waleniem w „ateistów” – „aborcjonistów” pora przystąpić do właściwej, libertariańskiej części ewangelii, prawda, panie Michalkiewicz? „Precz z komunom, ale jeszcze bardziej – ateistokomunom”.

Wreszcie – „nie kradnę”. Naprawdę? Przecież socjalizm, zarówno ten „realny”, jak i ten „kulturowy” forsowali kosztem milionów ofiar, propagowali i nadal propagują przede wszystkim ateiści.

Tu mamy kolejną ciekawą manipulację. Jeśli wielu zwolenników socjalizmu to ateiści, to jeszcze nie znaczy, że ateiści to w znakomitej większości zwolennicy socjalizmu. To jest elementarz rachunku zbiorów, ale i prosta manipulacja. Jeśli A jest podzbiorem B to jeszcze nie znaczy, że A = B. Pamięta Pan hasło „Solidarności” „socjalizm-tak, wypaczenia- nie”? Otóż wśród 10 mln członków Solidarności 90% (albo więcej) to byli katolicy. Czytał Pan „21 postulatów”? Wniosek: 9 mln katolików w Polsce to według Pana wykładni złodzieje. I to w dodatku zuchwali. Odwracając logikę – jeżeli skutkiem działania wolnego rynku jest przechwytywanie nieproporcjonalnej części wartości dodanej przez pracodawcę (patrz także Ubezpieczenia społeczne, siła negocjacyjna i “żelazne prawo płac”), to czy popierając wolny rynek, nie popiera pan pewnej formy czegoś gorszego niż złodziejstwo – bo czynu noszącego znamiona wymuszenia rozbójniczego? Czyli jeśli zgodnie z Pana logiką ateista to złodziej i morderca, to czy wedle tej samej logiki nie jest pan zwolennikiem wymuszeń rozbójniczych, czyli bandytą?

W dodatku, chociaż przedstawiają się jako „racjonaliści”, próbują wmówić nam, że zachowują się nieracjonalnie. Bo – powiedzmy sobie szczerze – jeśli Boga nie ma, to dlaczegóż właściwie nie kraść? Dlaczego nie zabijać?

Z pana pogardy wobec ateistów wnioskuję, że jakieś bóstwo pan czci (z tekstu nie wiem jakie, bo się pan nie zadeklarował). Jakie to bóstwo, które pozwala oszukiwać, mordować i rabować? Jaka jest jakościowa różnica pomiędzy panem a ateistami? Na marginesie – prof. Wolniewicz był do niedawna zdeklarowanym ateistą. Ile osób zabił, ile okradł, a ile okłamał? Jeśli żadnej, to czy mógłby pan go wypytać o źródło irracjonalizmu w jego postępowaniu? To mogłoby być interesujące. Ciekawe, jak wyglądają statystyki penitencjarne – czy odsetek poszczególnych światopoglądów wśród skazanych złodziei, morderców i krzywoprzysięzców pokrywa się ze stosunkiem deklarowanych światopoglądów w społeczeństwie? Czy przeprowadził pan odpowiednie badania?

W takim przypadku zarówno złodziejstwo, jak i zbrodnia, to zachowania jak najbardziej racjonalne.

Sokrates był zupełnie innego zdania, ale zapewne jest pan mądrzejszy od Sokratesa:

Jak podaje Arystoteles w Etyce eudemejskiej (1216 b):
Sądził przecież (Sokrates), że każda cnota jest wiedzą, z czego wynikało, że kto wie o sprawiedliwości, jest sprawiedliwy.
Podobnie pisze Ksenofont w swoich Wspomnieniach o Sokratesie (III 9, 5):
Sokrates mówił, że sprawiedliwość i każda inna cnota jest mądrością, bo sprawiedliwe i w ogóle wszystkie cnotliwe czyny są piękne i dobre. Mówił dalej, że ani ci, którzy posiadają ich wiedzę (tj. wiedzę o cnotach), nie wybiorą zamiast nich niczego innego, ani też ci, którzy jej nie posiadają nie mogą ich dokonywać, lecz jeśli nawet spróbują, to błądzą.Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Intelektualizm_etyczny

Ale z Sokratesem polemizowało w tych kwestiach wielu filozofów. Najprawdopodobniej Sokrates używał specyficznej definicji „mądrości”, bliskiej temu, co reprezentują swoim stylem bycia buddyjscy mnisi.

Inaczej w przypadku ludzi wierzących w Boga. Oni jako mordercy i złodzieje zachowywaliby się nieracjonalnie, podczas gdy ateiści – racjonalnie jak najbardziej.

O czym świadczy występowanie osób deklarujących się jako wierzące w Boga wśród winnych kradzieży i morderstw z premedytacją? Czy szahidzi są nieracjonalni, czy też nie wierzą w Boga? Dlaczego ateista zdaniem pana Michalkiewicza nie jest uprawniony do przestrzegania zasad etyki? Czy pan Michalkiewicz zna ten cytat z Kanta o prawie moralnym? Słyszał o dziedzinie filozofii, która nazywa się „etyka”? Dodatkowo – w społeczeństwie funkcjonuje coś takiego jak prawo i wymiar sprawiedliwości (różnie z tym bywa, ale formalnie istnieją). Jeśli ateista wie, że konkretne czyny są karane i że sprawcy są znajdowani z określonym prawdopodobieństwem – to czy nadal popełnianie przestępstw (abstrahujemy od moralności i etyki ateisty, które mogą wykluczyć z góry dokonanie czynu przestępnego) jest racjonalne? Krótkie pytanie – ilu ateistów jeździ na gapę? Jak odsetek ateistów jeżdżących na gapę ma się do odsetków obserwowanych dla różnych religii? Czy sprawdził pan, zanim zaczął wypisywać brednie? Nie? Zatem jest pan jeszcze na dokładkę oszczercą – czyli kłamcą. A nie jest pan ateistą (ponoć)!

Zatem nie tylko są łgarzami, ale w dodatku – tchórzliwymi, bo nie potrafią zdobyć się na odwagę działania z otwartą przyłbicą.

Może po prostu opisywani przez szanownego pana funkcjonują wedle innej heurystyki, niż ta, którą im pan łaskawie przypisał – i wedle innej etyki, niż ta, którą pana zdaniem mają. Czy pan, nie przyznając się że jest oszustem, mordercą, bandytą i oszczercą, działa z odkrytą przyłbicą, czy nie?

Od takich tchórzliwych czy tylko niechby nawet obłudnych łgarzy naprawdę lepiej trzymać się z daleka.

Dokładnie tak, tylko jak pan to ma zrobić? Musiałby pan wyjść z siebie i uciec gdzieś daleko.

____________________________
*^ (osoba, która wkleiła tekst Michalkiewicza na marucha.wordpress.com)

Zobacz również:
Jak dyżurni pseudopatrioci szczują na narodowców. Ślepa uliczka hagiografii Powstania Warszawskiego
Stanisław Michalkiewicz – zatrute pióro do ogłupiania Polaków

Żagiew – Żydzi jako zdrajcy, mordercy i szmalcownicy

Fragment książki: Albin Siwak – „Bez strachu” – tom II
Często myślę, panie Albinie, że Cyganie, którzy tak samo byli prześladowani przez Niemców, wywożeni do obozów, byli traktowani zdecydowanie brutalniej niż Żydzi. Dlaczego oni nie obciążają Polakowi nie fałszują historii?
Cyganie po prostu rozumieli i dziś rozumieją ówczesną nadzwyczajną sytuację. Nie zgłaszają do Polaków wyimaginowanych i absurdalnych pretensji.
Ilość Żydów agentów była tak duża, że działalność ich zaczęła obejmować nie tylko Warszawę, ale całą gubernię generalną. Agenci żydowscy byli wyjątkowo niebezpieczni przez perfidnie przybierane maski prześladowanych.
Zdrajcy ci szybko zaczęli zapełniać listy zdemaskowanych w gestapo agentów. Zaczęły się sypać wyroki, wykonywane przez Żydowskie Organizacje Bojowe i nasze AK. Żyd Heming kierował w gestapo na ulicy Szucha 70-cio osobową grupą specjalistów, którzy śledzili konspiracyjne organizacje i likwidowali je. To mówił mi pan Tadeusz.
W 1984 roku odnalazłem dokument w centralnym archiwum KC PZPR. Miał on tytuł: „Akta delegatury rządu” sygn. 202/11 44 tom 2. Akta te zawierały w układzie alfabetycznym spis kolaborantów i zdrajców Żydów. Lista liczyła 1500 nazwisk i kończyła się zapisem, że to tylko część zdrajców żydowskich. Ale na tej liście, w rubryce narodowość nie ma ani jednego Cygana.
Pomogliśmy, panie Albinie, przerzucić na początku okupacji hitlerowskiej do Związku Radzieckiego 50 000 Żydów. Pomogliśmy też w ramach repatriacji wrócić do Polski po II wojnie światowej 200 000 Żydom zamiast Polakom. W dystrykcie warszawskim samych tyko Volksdeutschów żydowskich było 70 000. Te dane liczbowe znam z archiwum, ale podawała je również Stolica nr 5/791 z dnia 3 II 1963 roku.
Bilans zdrajców żydowskich znajduje się w centralnym archiwum KC PZPR. Oto liczby tych, co byli w policji żydowskiej tylko w Warszawie – 2500 osób. Specjalnych agentów gestapo z „Żagwi” było 10 000 osób. W kolaboracyjnej gminie żydowskiej było ponad 6000 osób. Wybitna historyczka, Żydówka, mieszkająca w USA profesor Hannah Arendt napisała książkę pod tytułem „Eichmann in Jeruzalem”. Oto, jak ona opisuje i ocenia postępowanie swych pobratymców żydowskich:
„To rola żydowskich przywódców przy zniszczeniu własnego narodu jest dla Żydów bezwzględnie najciemniejszy rozdziałem w całej ich ciemnej historii. W Amsterdamie, Warszawie, Berlinie czy Bukareszcie mogli naziści na tym polegać, że żydowscy funkcjonariusze sporządzą listy personalne i majątkowe, koszty deportacji i zniszczenia nałożą na deportowanych, opróżnione mieszkania w oka mgnieniu zatrzymają i oddadzą do dyspozycji policji, aby pomóc pochwycić Żydów i doprowadzić do pociągu, aż do gorzkiego końca Że w obozach śmierci bezpośrednie działania dla zniszczenia ofiar
ogólnie były wykonywane przez żydowskie komanda. Pisze dalej Hannah Arendt, że autonomia żydowska w Teresienstad była tak duża, że nawet kat był Żydem.”
Autorka tej książki pokazuje, że obok Niemców masowo w unicestwianiu Żydów – uczestniczyli właśnie Żydzi.
Przypomnę w tym miejscu czytelnikom, że w książce „Trwałe ślady” opisałem zdarzenie z miejscowości Mikody. To miejscowość 16 km od . Siedlec. Nadmieniłem jak to przechowywany w młynie Żyd Hirszek, który był żywiony i chroniony i ukrywany przed Niemcami, przez całą wojnę przez polskiego młynarza. Pan Tadeusz teraz potwierdził ten fakt, że po wojnie Żyd Hirszek przyjechał jako ubowiec i zastrzelił osobiście osiem osób – całą rodzinę. Ocalał tylko jeden człowiek, który ukrył się w piecu. Nazywał się Piotrowski. Potwierdził też pan Tadeusz fakt odbicia przez polską partyzantkę pięciu młodych Żydów, prowadzonych na śmierć do Janowa. Potwierdził, że odmówili oni oficerowi polskiemu, późniejszemu generałowi, Wacławowi Czyżewskiemu wstąpienie do polskiej partyzantki w Lubelskim, że tuż po wojnie przyjechali i wybili dwie polskie rodziny, które ich ukrywały.
Dwie rodziny z dziećmi.
Gdy ja byłem członkiem biura politycznego, podjęto próbę awansowania tych pięciu Żydów do stopnia generałów. Za pierwszym podejściem nie udało się, gdyż czterech członków biura nie poparło tej sprawy. Dopiero, gdy byliśmy na urlopach, zrobiono posiedzenie biura bez nas i udało się ich zatwierdzić. Takie właśnie fakty świadczą, że nie my Polacy, mieliśmy w swojej ojczyźnie władzę po II wojnie światowej, a Żydzi.
Żydzi chwalą się na cały świat, że ścigają swoich katów. Podają przykłady, że nawet z Argentyny przywieźli Eichmanna, osądzili i wykonali wyrok. A przecież dobrze wiedzą, że ich rodacy Żydzi byli również oprawcami i katami, że byli szpiegami i w policji, że założyli organizację zbrojną Żagiew w celu łapania Żydów i likwidowania tych, co chcą organizować opór, że setki tysięcy Żydów zlikwidowali sami Żydzi, że bogaci Żydzi nie udzielali pomocy biedocie żydowskiej. Przeciwnie. Popierali Holokaust i likwidację Żydów w wykonaniu Niemów. Są liczne dokumenty na ten temat. Liczni świadkowie, chociażby pan Tadeusz, który wielokrotnie rozmawiał z bogatymi Żydami na ten temat.
Jak pojąć i zrozumieć mentalność żydowską, że Kneset w Izraelu podjął decyzję i wcielił w życie ustawę, że nie będą ścigani i karani wszyscy ci Żydzi, których rzekomo Niemcy zmusili zabijać swych rodaków. Obecnie na świecie jeszcze żyją tysiące Żydów, którzy byli katami też Żydów.
Przecież to Żydzi podsunęli gestapo szatański pomysł, żeby zwabić do hotelu najbogatszych Żydów. Ograbili ich i bestialsko zamordowali. Pomysł był Skosowskiego i Żurawina. Obaj zajmowali wysokie pozycje w policji żydowskiej i w gestapo. Obaj mieli już za sobą liczne prowokacje, w skutek których sami zabijali Żydów. Zaplanowali tym razem, żeby zwabić bogatych Żydów pod pozorem, że załatwią im przy pomocy Niemców paszporty zagraniczne, dzięki którym wyjadą bezpiecznie do Anglii lub Ameryki.
Ściągnęli w ten chytry sposób do hotelu Polskiego przy ulicy Długiej, oraz do hotelu Terminus i hotelu Royal ponad dwa tysiące osób z dziećmi. Tu najpierw zażądali bardzo wysokich opłat za te paszporty. Następnie trzeba było opłacić szefa gestapo. Sami żydowscy policjanci zażądali dla siebie też dużych sum. Nie wszyscy Żydzi mieli aż tyle, ile od nich wymagano, więc z powrotem odprowadzono ich do getta.
Gdy już otrzymali dobrowolnie tyle ile chcieli, to zarządzili osobistą rewizję, rozbierając ludzi do naga i badając u kobiet pochwę, a u mężczyzn odbyt. Większość tych bogatych Żydów rzeczywiście miało ukryte w tych miejscach złoto i brylanty. Następnie wywieziono ich ciężarowymi samochodami za Warszawę i zamordowano. Zabijali policjanci żydowscy, na czele ze Skosowskim i Żurawinem, a SS-mani tylko pilnowali. Obaj kaci, Skosowski i Żurawin, uciekli do Izraela, a później do Ameryki. I takich ludobójców Kneset izraelski ułaskawił i zatarł winy. To, jak mówią ludzie panie Albinie, nie mieści się w głowie. Ja w latach 1981-86, mając duże możliwości szukania i oglądania dokumentów, odnalazłem potwierdzenie tego wszystkiego, co pan Tadeusz mi opowiedział. W centralnym archiwum były na ten temat dokumenty. Miały one sygnaturę 202/XV-2 tom 2 karta 158….(….)
Tematy związane:
“Życie codzienne warszawskiego getta” – Tadeusz Bednarczyk
http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_8.html
“Eichmann w Jerozolimie” Hannah Arendt
http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_10.html

Czytaj więcej

Izraelski „humanitaryzm”: wodny apartheid. Jak hasbara zaciera ślady

p.e.1984: UWAGA! Ten post zawiera niedostępną już w sieci wersję dyskusji. Aktywista hasbary, używający pseudonimu „ZGŁOŚ DO USUNIĘCIA” usunął swoje wypowiedzi. Nastąpiło to prawdopodobnie wskutek wykorzystania jego wypowiedzi w artykule demaskującym hasbarę w polskim internecie – na szczęście zachowałem zrzut ekranowy (do pobrania tutaj) i zapisałem stan na 25.04.2012. Zachowanie aktywisty hasbary jest cenną obserwacją – najwyraźniej hasbara nie chce być rozpoznawalna – i chce ukrywać swoje ewidentne dekonspiracje. Oczywiście niejako przy okazji – umniejszając wiarygodność materiału szkoleniowego zawierającego odwołania do usuniętych wypowiedzi. Poniżej zamieszczam wpis wraz z komentarzami – zgodnie ze stanem na 25.04.2012.

Przedruk za http://bliskiwschod.pl/2011/08/drugie-dno-okupacji/
Tekst wcześniej znajdował się na moim, obecnie ocenzurowanym blogu na salon24: Izraelski „humanitaryzm”: wodny apartheid – wersja ocenzurowana i z wyciętymi przez hasbarę komentarzami.

5 lipca rano izraelscy żołnierze weszli wraz z ciężkim sprzętem do palestyńskiej wioski Amniyr. Wojsko zniszczyło dziewięć cystern. Tydzień później żołnierze zniszczyli pompy i studnie w palestyńskich wioskach Doliny Jordanu: Al-Nasarya, Al-Akrabanya i Beit Hassan. W Betlejem brak wody doprowadził do zamieszek w obozach uchodźców.

Nierówny podział zasobów

Okupacja Zachodniego Brzegu Jordanu jest silnie związana z nierównym podziałem wody. Palestyńczycy oraz Izraelczycy dzielą dwa podstawowe rezerwuary wody rejonu: leżący na terenie Zachodniego Brzegu Jordanu (ZBJ) zasilany spływającą z Gór Judzkich podziemny zbiornik wody gruntowej oraz wody Jordanu i jego dopływów. Wody gruntowe  ZBJ stanowią źródło jednej czwartej całości konsumowanej przez Izraelczyków wody oraz około 90 % wody konsumowanej przez Palestyńczyków zamieszkujących ZBJ. Jednocześnie zasoby gruntowe ZBJ są w 80% wykorzystywane przez Izraelczyków a jedynie w 20% przez ludność palestyńską.

Kontrola wody ponadto jest dochodowym choć wątpliwym moralnie interesem; okupowana ludność palestyńska jest zmuszona kupować wodę od Izraelskiego dostawcy i mimo, że zasoby wodne znajdują się na terenach zamieszkanych przez Palestyńczyków muszą oni płacić zawyżone stawki za jej dostawę. Polityka sprzedaży wody jest połączona z surowymi restrykcjami ograniczającymi kopanie studni, co zmusza Palestyńczyków do płacenia dyktowanych przez Izrael stawek. Każda studnia wybudowana bez pozwolenia władz okupacyjnych jest uznawana za nielegalną, co skutkuje jej zasypaniem. Pozwolenia są wydawane rzadko. Problem niszczenia studni dotyka najczęściej mieszkańców, żyjących w pobliżu żydowskich osiedli, ludność wiejską bądź osiadłych beduinów. Warto dodać, że główne kierunki żydowskiego osadnictwa to obszary dzięki wodnym zasobom urodzajne, a sami osadnicy za wodę płacą symboliczną opłatę.

W odbiorze Palestyńczyków brak dostępu do wody jest jednym z najbardziej dotkliwych przejawów okupacji.

Dyskryminację obrazują statystyki, limit wody przypadającej na jednego Palestyńczyka to 50l. dziennie, limit przysługujący żydowskiemu osadnikowi to 280 litrów. W niektórych rejonach średnia palestyńska konsumpcja to 20l. – minimum wymagane przez WHO do ogłoszenia konieczności interwencji humanitarnej.

Mimo, że zgodnie z porozumieniami z Oslo (1993), Izrael uznał palestyńskie prawo do dostępu do wody, to realia aplikowanej polityki tenże dostęp uniemożliwiają.Jak podają statystyki około 200 000 mieszkających na Zachodnim Brzegu Palestyńczyków nie jest podłączonych do sieci wodociągowych, a 95% wody w Strefie Gazy nie nadaje się do spożycia. Zgodnie z przeprowadzoną przez Bank Światowy analizą, niedoinwestowanie w zakresie dostępu do wody powoduje daleko idące konsekwencje dla palestyńskiej ekonomii w ogóle. Braki w zasobach wodnych powodują straty w skali makroekonomicznej. Konsekwencją jest utrata dochodu w wysokości prawie 20% rocznego PKB oraz utrata 110 000 miejsc pracy rocznie.

Wodne projekty. Inicjatywy skazane na porażkę?

Problem dostępu do stosunkowo skromnych zasobów wodnych jest powszechnie uważany za jedną z zasadniczych choć nie powszechnie komentowanych przyczyn konfliktu.

Jednocześnie jednak, część środowisk skupionych wokół zagadnienia uważa, że te problemy mogą być przezwyciężone poprzez szereg podejmowanych na terytorium okupowanym pozarządowych inicjatyw rozwojowych.

Zgodnie z ową filozofią podstawą ma być kooperacja pozarządowych aktorów reprezentujących obie strony – wysiłek na rzecz współpracy w ramach tzw. „projektów wodnych” może być podstawą do szerszej kooperacji a w ostateczności do budowania koniecznego dla porozumienia zaufania.

Jak mówił w wywiadzie dla agencji al-Jazeera Nader al-Khateeb, dyrektor palestyńskiej sekcji Friends of the Earth Middle East (FoEME):

Jeśli każda ze stron konfliktu uzna podstawowe dla człowieka prawo do dostępu do wody za uniwersalne będzie to oznaczać rozpoznanie człowieka w konflikcie. Woda może posłużyć jako instrument budowania empatii i zaufania. Niestety, póki co jest wykorzystywana jako narzędzie kary i dyskryminacji.

Głównym obszarem aktywności FoEME w regionie jest projekt nazwany „Good Water Neighbors” – przedsięwzięcie, które angażuje uczestników z Palestyńskiego Terytorium Okupowanego, Izraela i Jordanii. W przeciągu ostatnich pięciu lat projekt uruchomił 29 trans-granicznych inicjatyw.

Zgodnie z informacjami izraelskiej sekcji FoEME wysokość zainwestowanych w ramach projektu środków wyniosła 120 000 000 USD. Większość funduszy pochodzi z donacji USAID, Banku Światowego oraz instytucji Unii Europejskiej. Środki zostały przeznaczone na budowę studni, pomp, oczyszczalni i remonty kanalizacji.

Rozwój wspólnych inicjatyw stał się ponadto katalizatorem efektów politycznych. Znamiennym przykładem jest przypadek współpracy pomiędzy palestyńską wsią Wadi Fuqin a izraelską społecznością Tzur Hassadeh, które pracowały razem w ramach jednego z projektów. Inicjatywa przyniosła wyjątkowy efekt polityczny, kiedy obie społeczności jednym głosem sprzeciwiły się budowie Bariery Separacyjnej, która biegnąc przez terytoria obu wsi miała doprowadzić do oddzielenia mieszkańców, a w konsekwencji położyć kres współpracy.

Jak się jednak wydaje, nawet spektakularne w znaczeniu propagandowym pozarządowe inicjatywy będą wtórne w stosunku do efektu jaki mógłby być wywarty zmianą w polityce samego Izraela.

Większość osiągnięć okazuje się bowiem mało znaczącymi eksperymentami, których koszta są częstokroć za wysokie. W obliczu konsekwentnej polityki władz okupacyjnych, kontynuujących swoisty „wodny apartheid” międzynarodowe donacje są po prostu marnotrawione.

Jak uważa wielu przedstawicieli palestyńskiej strony problemu, wspólne projekty to nie wszystko. Zasadniczą kwestią nie jest bowiem infrastruktura, ale problem decyzyjności. Dopóki Palestyńczycy pozostaną zależni od dobrej woli Izraela, dopóty problem wody pozostanie aktualny. Zdaniem wielu specjalistów wspólne projekty mają szansę powodzenia tylko wtedy, gdy Palestyńczycy będą sami mogli decydować o swoich zasobach.

Jak komentował problem Amyad Alewi, palestyński ekspert organizacji „House of Water and Environment”:

Wspólna budowa wodociągów czy studni jest ideą piękną, ale nie praktyczną. Palestyńczycy nie chcą rozwiązania, w którym Izrael trzyma rękę na przysłowiowym kurku. Dopóki woda jest narzędziem szantażu, dopóty problem dostępu do niej będzie nierozwiązany.

Z punktu widzenia Alewiego niezależność w dostępie do wodnych zasobów musi być warunkiem wstępnym jakichkolwiek inicjatyw rozwojowych.

Problem wpisuje się w szerszy aspekt polityczny i jest częścią palestyńskiej suwerenności w ogóle. Część proponowanych projektów opiera się o współpracę, która z punku widzenia palestyńskiego jest co najmniej kontrowersyjna. Najbardziej dyskusyjne inicjatywy dotyczą perspektyw kooperacji pomiędzy Palestyńczykami a żydowskimi osadnikami.

Problem obrazuje przypadek palestyńskiej wsi Kafr ‘Ein położonej w pobliżu dużego bloku osadniczego Ariel.

Mieszkańcy Kafr ‘Ein od kilku lat uskarżają się na zanieczyszczenie rzeki nawadniającej kluczowe dla lokalnej społeczności uprawy oliwek. Jak twierdzą Palestyńczycy, źródłem zanieczyszczenia jest znajdująca się w osiedlu fabryka.

W 2009 pojawił się pomysł współpracy w ramach budowy oczyszczalni ścieków, która mogłaby służyć zarówno Żydom jak i Palestyńczykom. Przedstawiciele lokalnych palestyńskich władz w Salfit odmówili argumentując, że kooperacja byłaby pośrednią legitymacją osadnictwa. Z punktu widzenia Palestyńczyków rozwiązaniem powinno być wycofanie osadnictwa w ogóle. Jak argumentują, współpraca z nielegalnym z punktu widzenia prawa międzynarodowego podmiotem nie jest możliwa. Co więcej, w obliczu palestyńskiego stanowiska negocjacyjnego, które bezapelacyjnie domaga się rozwiązania osiedli, jakakolwiek kooperacja byłaby osłabieniem własnej pozycji w ramach rokowań.

Problem osadnictwa, podobnie jak zagadnienie dostępu do wody ma swój kontekst prawny. Wielu Palestyńczyków widzi w międzynarodowych programach pomocowych i rozwojowych instrument wyręczania władz Izraela, który jako okupant jest zobowiązany szeregiem przepisów z kanonu międzynarodowego prawa humanitarnego; w tym, prawa zabraniającego wykorzystywanie czy zabór zasobów naturalnych ludności okupowanej. Problematyka wody jawi się zatem nie tyle jako kwestia ilości i jakości kooperacyjnych projektów czy zaawansowania planów rozwojowych, ale jako jeden z zasadniczych elementów dyskusji poszanowania praw człowieka w ogóle.

Dopóty bowiem państwo Izrael, nie uzna prawa dostępu do wody za prawo przyrodzone przysługujące każdej istocie ludzkiej bez względu na jej narodowość, problem nierównego podziału zasobów wodnych będzie pozostanie aktualny.

Źródła: Palestine Media Centre, CJPME, World Health Organization, +927 Blog, FOEME, electronic intifada, House of Water and Environment, al-Jazeera.

Więcej na temat problemu wody w regionie także w:

Bliski Wschód łaknie wody (03.06.2011)
 

Czytaj więcej

PW’44 bez broni – meldunki kontrwywiadu AK i przebieg walk

Stan uzbrojenia oddziałów AK stał się znany zaprzysiężonym w momencie ogłoszenia pogotowia przez A. Chruściela („Montera”) (27 lipca 1944 płk Chruściel około godziny 19 samowolnie, bez pozwolenia swego dowódcy gen Bora, i bez porozumienia z Komendą Główna AK wydał rozkaz mobilizacji zakonspirowanych żołnierzy AK w Warszawie, co według ustalonego regulaminu wojskowego oznaczało powstanie, patrz Jan Kurdwanowski – Dekonspiracja warszawskich oddziałów AK przed Powstaniem). Ogółem na 36500 żołnierzy AK przypadało do 7000 egzemplarzy jakiejkolwiek broni palnej. Znaczna cześć tej broni pozostawała w magazynach, których zasobów jeszcze nie rozdzielono, więc to, z czym zetknęła się większość oddziałów musiało zrobić znacznie gorsze wrażenie, niż jeden egzemplarz broni palnej na pięć osób (w oddziałach, którym przydzielono zadania zaczepne!). W tej sytuacji można postawić dwa pytania: – jak to, co zobaczyli żołnierze wpłynęło na ich morale, na gotowość do wystąpienia oddziałów przeciw Niemcom samorzutnie, bez rozkazów (pod wpływem sławetnej i co roku podnoszonej agitacji przez PKWN-owką rozgłośnię im T. Kościuszki)?
– jak stan uzbrojenia wpłynął na zdolność realizacji działań i straty osobowe wśród oddziałów szturmowych?
Oczywiście odpowiedź na te pytania znajduje się w obszernej literaturze przedmiotu. Poniżej przedstawiam dwie relacje – pierwsza – naocznego świadka, druga – relacja wnuka naocznego świadka. Obie pozwolą czytelnikowi wyrobić sobie opinię o tym, jak sytuację postrzegali (niektórzy) uczestnicy Powstania.

Stan uzbrojenia a morale oddziałów AK w oczach szefa kontrwywiadu KG AK por/ppłk Bernarda Zakrzewskiego („Oskar” ,”Hipolit”)
Jednym z najczęściej spotykanych w dyskusjach o PW’44 argumentów jest stwierdzenie że gdyby nie rozkaz KG AK to powstanie warszawskie rozpoczęliby oddolnie/samorzutnie szeregowi AK-owcy albo sama ludność cywilna .
A jak sytuację i nastroje w konspiracyjnych szeregach oceniał wówczas kontrwywiad AK na podstawie danych dostarczonych przez swoich oficerów i informatorów tkwiących w pododdziałach AK ?

1 sierpnia o godzinie 9 rano szef kontrwywiadu KG AK por/ppłk Bernard Zakrzewski „Oskar” ,”Hipolit” skierował do KG AK swój ostatni przedpowstaniowy meldunek:

„Na podstawie obserwacji i zebranych wiadomości ,dotyczących obecnej sytuacji,poczuwam się w obowiązku zameldować,że wewnętrzna nasza sytuacja jest niepomyślna.Komenda Okręgu AK zarządziła stan czujności.Pewna nerwowość ludzi objętych tą akcją daje się zrozumieć,niemniej jednak stale zmieniane rozkazy,niekiedy zupełnie ze sobą sprzeczne,wywołują wśród wojska AK zrozumiałe zdziwienie ,a nawet niepewność co do celowości rozkazów i planów KG.Entuzjazm i zapał ludzi słabnie.Wojsko widzi bezcelowość koncentracji i czynnego wystąpienia wobec braku dostatecznej ilości broni i amunicji co jest wiadomością powszechnie znaną.Broń dla żołnierza stanowi o jego sile,jest jedynym oparciem gwarantującym powodzenie jego wystąpienia.Trudno się wobec tego dziwić żołnierzowi,ofiarnemu do najwyższych poświęceń,który ma możność sam stwierdzić siłę uzbrojenia przeciwnika.Słyszało się o dużych magazynach broni,uparcie wmawiano że będzie ona w dostatecznej ilości zrzucona.Nadzieja pomocy z tej strony zgasła.Wiara w zbiorowe desanty naszych kadr z londyńskich z powietrza ,konieczna z punktu widzenia wojskowego,choćby w opanowaniu lotniska ,gdzie osłonę stanowi około 5000 ludzi,uzbrojonych w działka na stanowiskach broń ciężką i lekką maszynową-wydaje się być mrzonką.Złośliwi porównują obecną sytuację do 1939 r. w którym wszyscy wierzyli w pomoc. Również zaobserwować można podział poglądów co do wystąpienia.Niektórzy twierdzą,że będzie ono pomocą tym bolszewikom,którzy w Wilnie,Łukowie i innych miejscowościach rozbroili AK i gdzieś wysłali.Z drugiej strony stwierdzono przypadki,gdzie przedwczesne wystąpienie AK spowodowało całkowite rozbicie tych oddziałów przez siłę niemiecką.Położenie jest bardzo ciężkie.O tym wszystkim zbyt głośno się mówi,zbyt szeroko te sprawy są analizowane.Niemniej jednak zważywszy na powyższe stwierdzić należy,że o ile nie nastąpią zmiany ,to nastrój o takim podłożu,ze względu na morale jest dla walki niekorzystny.Precyzuję powody następujące:
a)brak broni
b)niepewność co do celowości wystąpienia
c)nieskoordynowanie rozkazów „.

Z dokumentu tego wynika, że o tym iż godzinę „W” zarządzono na 17 tego dnia o 9 nie wiedział jeszcze szef Kontrwywiadu KG AK. To prawdopodobnie skutek skrócenia mobilizacji i roznoszenia rozkazu o godzinie „W” dopiero po godzinie 7 rano 1 sierpnia.
Źródło: 1 VIII 44 nastroje żołnierzy AK wedle kontrwywiadu KG AK

POWSTANIE WARSZAWSKIE BEZ NIEDOMÓWIEŃ

Znam tylko Powstanie Warszawskie z opowieści mojego śp dziadka, który jako żołnierz AK w stopniu kaprala walczył na Ochocie. Nie zdążył z drużyną na koncentrację swojego oddziału – zgrupowanie „Garłuch” mającego zdobyć lotnisko Okęcie być może dzięki temu przeżył, bo większość jego kolegów ten zryw przypłaciła życiem. 1-go sierpnia drużyna w której się znajdował(dlatego, że mieli własną broń) została dołączona do kompanii WSOP-u dzięki czemu około 60 ludzi zostało uzbrojonych w 1 karabin z 10 pociskami, 1 pistolet z 1 magazynkiem i trzy granaty. Porucznik „Gustaw” wydał rozkaz zdobycia koszar na Placu Narutowicza i cała ta masa ludzi w ogromnej większości nieuzbrojona ruszyła na rzeż. Nigdy nie dotarli nawet do połowy odległości jaka dzieliła ich od budynku koszar. Zostali zmasakrowani w taki sposób, że w przeciągu 2-3 minut Pl. Narutowicza wraz z ulicami do niego dochodzących pokrył się ciałami ponad 300 osób, żołnierzy, ochotników z WSOP-u i ludności cywilnej jaka się tam znalazła. Niemcy wystrzelali wszystkich którzy się tam znajdowali, nie oszczędzając nawet swoich żołnierzy.
W nocy udało się im zdobyć (choć tak naprawdę to zająć) kilka samochodów z zaopatrzeniem jakie wjechały i stanęły przy ulicy Barskiej (była tam stołówka i kasyno dla żołnierzy a nie jak głosi tablica umieszczona na głazie – koszary) a kierowcy uciekli do budynku koszar po drugiej stronie Pl. Narutowicza. Samochody te zresztą zostały przez Niemców spalone wraz całą zawartością jaka na nich pozostała tejże nocy. Z oddziału liczącego 60 osób – szumnie nazywanej kompanią zostało 4 osoby. Reszta w ogromnej większości zginęła. Ciała jakie usiłowali ściągnąć nie przypominały nawet sit. To były krwawe kawałki mięsa przemieszane z odzieżą bez rąk, nóg, głów niepodobne do tego, że były kiedyś istotami ludzkimi.
Przez następne dwa dni siedzieli w budynku przy ul.Kaliskiej i czekali na dalsze rozkazy i amunicję, tylko że już żaden rozkaz do nich nie dotarł. Docierali tylko ludzie, którzy mieli zapał do walki i wielką nienawiść do Niemców. Do momentu natarcia w dniach 4-5 sierpnia przez ukraińców czekano z niecierpliwością na oddziały powstańcze ze Śródmieścia, i przede wszystkim na broń i amunicję której brakowało. Nikt nie znał i nie wiedział w jakim są położeniu. W nocy kiedy do natarcia ruszyli Niemcy (dziadek uważał ich za Ukraińców i Kozaków) wszystko się rozsypało. Powstańcy uciekli – zresztą jak można się bronić przed czołgiem czy armatą która zamienia domy w gruzy i której nikt nie dosięgnie bo nie ma czym. Można też czekać na śmierć ale wtedy najbardziej chce się żyć i niewielu pragnie umrzeć w walce w której jest się bezsilnym i czeka na swoją kolejkę umierania.
Ukraińcy i kozacy podpalali dom po domu, (Niemcy zazwyczaj wcześniej wynosili z niego najbardziej wartościowe rzeczy) zabijali wszystkich którzy się tam znajdowali Barska – Kaliska – Grójecka – Wawelska pokryte były stosami trupów. Żandarmi niemieccy zabijali Ukraińców i kozaków za to że byli zbyt pijani by zabijać lub za to, że zbyt szybko podpalili dom, który można było jeszcze ograbić.
Poznałem te 11 dni życia mojego dziadka (dla jednych tylko jedenaście), niemal każdą minutę i miejsce wyrwane z tego koszmaru. Po jedenastu dniach wyszedł wraz z pozostałą ludnością Ochoty (po prostu nie sposób jest zabić wszytskich naraz, Niemcy też się kiedyś męczą zabijaniem i potrzebują odpoczynku) i do końca wojny „odpoczywał” w Dachau. Po wojnie spotkał tylko kilka osób, które walczyły na Kaliskiej i Barskiej (z oddziału liczącego około 120 ludzi).

I teraz rzecz najciekawsza, im więcej lat mijało, tym coraz więcej znajdowało się powstańców którzy walczyli na Ochocie a zwłaszcza na Kaliskiej. Jak pewnego dnia policzył mój dziadek to mu wyszło prawie 600 osób, jakie rościło sobie pretensje do tego by stać się Powstańcem. Przez te kilkadziesiąt lat ludzie, którzy sami nie brali udziału w tej rzezi – sami tworzyli legendę i dorabiali mity o Powstaniu które dla jednych było koszmarem, dla innych tylko grą o dusze pokoleń. Słuchano tylko tych osób które chciano słuchać, tych którzy starali się podejść w sposób obiektywny pomijano milczeniem lub wybiórczo przedstawiano relacje dorabiając do nich własne mity i legendy, jakie miały dotrzeć do ludzi. Dorobiono też Powstańców ( ludzi pozbawionych własnej godności, mitomanów, takich co mówili tak jak im kazano – którzy nigdy nie walczyli i nie mieli odwagi trzymać za karabin i umrzeć za Polskę ). Potrafili jedynie upiększać historię i tworzyć własne legendy, których miło się słucha.
Poznałem już Powstanie Warszawskie takie jakie było opisywane w książkach pełne glorii i chwały, pompatycznych haseł i takie jakie widział je mój dziadek oraz jego koledzy Powstańcy, pełne krwi, tragedii i nieszczęść. Przed swoją śmiercią powiedział, że żeby mógł to najpierw zdegradowałby, a później powiesił Bora-Komorowskiego i tą całą jego „bandę” (nie zasłużyli nawet na rozstrzelanie) za to, że skazali na śmierć całe pokolenie młodych ludzi i zniszczyli miasto oraz za to jak „wspaniale” dowodzili na Ochocie i Okęciu.
Źródło: http://www.powstanie.pl/

Więcej o Powstaniu Warszawskim:

Jak Churchill nie nauczył Polaków realpolitikJak “Ruskie” “zdradzili” Powstanie WarszawskiePW’44 bez broni – meldunki kontrwywiadu AK i przebieg walkPowstanie Warszawskie oczami narodowcaPierwotne plany operacyjne AKJaką pomoc dowództwo Powstania Warszawskiego zagwarantowało swoim podkomendnym i ludności cywilnej Warszawy?Jak narodowcy-uczestnicy powstania oceniali je w dniu kapitulacji?Czy można było wcześniej przerwać powstanie? Propozycje kapitulacji składane przez von dem Bacha Borowi.Jak dyżurni pseudopatrioci szczują na narodowców. Ślepa uliczka hagiografii Powstania Warszawskiego.

Jak dyżurni pseudopatrioci szczują na narodowców. Ślepa uliczka hagiografii Powstania Warszawskiego.

Pseudopatrioci i pseudonarodowcy, czy agentura i zdrajcy?

Jak dyżurni pseudopatrioci szczują na narodowców. Ślepa uliczka hagiografii Powstania Warszawskiego – czyli: Trujący Grzyb pseudopatriotyzmu podle atakuje narodowców.

Przez internet przetacza się ofensywa PiSowskego chowu pseudopatriotów i różnych „narodowców” pokroju Stanisława Michalkiewicza („Epigoni celebrują rocznicę”), którzy krytyków Powstania Warszawskiego określają jako moskiewskich „gawnojedów” z endokomuny, „sowieciarzy”, „komuchów”, „czcicieli knuta” etc., wrogich „niepodległościowym postawom”. Tworzone jest wrażenie, że druga strona wyśmiewa żołnierzy AK i drwi sobie z jakichś świętości oraz chce niewolić Polskę jeśli nie poprzez UE, to już na pewno poprzez „Moskwę”. Tymczasem ci „nasi” „patrioci” są rzekomo jedynymi szafarzami „myśli niepodległościowej” i „tradycji powstańczej”.

Czego brakuje w wypowiedziach opisywanych środowisk – to szacunku dla życia Polaków oraz realizmu politycznego i militarnego. Spustoszenie w świadomości i postawach współczesnych Polaków dokonuje się za sprawą afirmacji szastania życiem własnym i innych już nawet nie w imię korzyści narodowych, lecz – „okazania sprzeciwu wobec próby zniewolenia”! Ilu Polaków można posłać w bój bez broni, na pewną śmierć i pewną klęskę w imię „tradycji powstańczej”? Skąd się mają brać racjonalni politycy realizujący realpolitik, jeśli wyborcy są wychowani (przez WIADOMO KOGO) na postawach surrealizmu politycznego i na zdrowych psychicznie polityków nie zagłosują?

Przyjrzyjmy się jeszcze tekstowi Stanisława Michalkiewicza:

Michalkiewicz napisał: Polska obchodzi 68 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Ale nie cała. Rocznicę tę wspominają z pietyzmem spadkobiercy tradycji powstańczej, tradycji niepodległościowej, gotowi ponosić ofiary nie tylko dla niepodległości, ale również – a może nawet przede wszystkim – by dzięki niepodległości móc zażywać wolności we własnym państwie. Ale już tak zwani „realiści”, czyli mówiąc inaczej – czciciele knuta – spoglądają na celebrujących rocznicę wybuchu Powstania z ostentacyjnym lekceważeniem, a nawet pogardą. Nie tyle może nimi gardzą, chociaż nimi oczywiście też – co niepodległościowymi ideałami, do których tamci nawiązują. Dla czcicieli knuta tamten ideał jest po pierwsze – niepojęty, a po drugie – niepokojący, bo wywołuje pytanie o osobistą odwagę.

Michalkiewicz tym sprytnie napisanym akapitem pompuje balon PiSwskiego pseudopatriotyzmu – i deprecjonuje wszelką krytykę. Krytyka PW’44 może być zasadna lub nie – tymczasem „narodowiec” Michalkiewicz koncentruje się nie na opinii, lecz dezawuuje ją głoszących, bez wnikania kto i dlaczego jest „realistą”. Przemilcza drobny fakt, że PW’44 nijak się do żadnej „niepodległości” przyczynić nie mogło. Jeśli ktoś może je czcić – to jako katastrofę narodową. Skutek jest prosty – Michalkiewicz zawczasu, prewencyjnie szczuje swoich czytelników na każdego krytyka. Po jednej stronie, „my”, polakobójczy pseudopatrioci, „niepodległościowcy”, a po drugiej „une” – michnikowszczyzna i ubecja. W ten sprytny sposób nasz naczelny „patriota” III RP wrzucił narodową krytykę powstańczego obłędu (Dmowski był przeciwnikiem opiewanej przez „narodowca” Michalkiewicza jako wzorzec dla Polaków „tradycji powstańczej” – i każdy, kto szanuje polską krew – a narodowcy mają tak w zwyczaju – podziela opinię Dmowskiego) do jednego wora z michnikowszczyzną. No i teraz Polak może pytać PO CO „narodowiec” Stanisław Michalkiewicz to zrobił? Na pytanie odpowiedzi nie udzielam z premedytacją – czytelnik ma kwestię przemyśleć samodzielnie.

Wracając do kampanii oszczerstw pod adresem „czcicieli knuta” – nigdy żaden z narodowców nie krytykował żołnierzy AK za ich heroiczną walkę, bo nawet największy dureń wie, że wypełnili swój obowiązek wobec narodu. Krytyka dotyczy wyboru momentu rozpoczęcia powstania – i oceny zasadności w (geo)politycznych warunkach, w jakich wybuchło. O ile dowódcy AK nie mieli pełnej wiedzy o sytuacji geopolitycznej, o tyle rząd londyński dość szeroką wiedzę posiadał. O ile rząd londyński nie miał pojęcia o sytuacji militarnej w kraju, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dowódcy powstania mieli świadomość, że moment wybuchu nie jest odpowiedni z militarnego punktu widzenia. Krytyka Powstania Warszawskiego była od początku prowadzona przez trzy środowiska – narodowe, profesjonalistów wojskowych (np. gen. Anders, gen.-prof.J. M. Kirchmayer) i komunistów. Tylko ostatni typ krytyki był propagandą (czerpiącą na dodatek garściami z dorobku intelektualnego dwóch pozostałych środowisk krytycznych). Hagiografia Powstania Warszawskiego to domena piłsudczyków i ich politycznych spadkobierców – oraz pewej liczby antypolskich mącicieli. Nie każda obrona Powstania jest uzasadniona (vide publicystyka Seawolfa) – i nie każda krytyka Powstania jest nieuzasadniona.
Zapraszam do lektury tekstu, w którym czytelnik znajdzie parę nowych dla niego informacji:
PIERWOTNE PLANY OPERACYJNE AK, które w ostatniej chwili porzucili, w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, Leopold Okulicki, Tadeusz Komorowski, Grzegorz Pełczyński i Antoni Chruściel.

_________________________

Polskie wybory: chory psychicznie pseudopatriota kontra racjonalny zdrajca

To swoisty paradoks polskiej sceny politycznej. Niby-patrioci chowu PiSowskiego (i „narodowcy” pokroju S. Michalkiewicza) opiewają wzorce patriotyzmu polegające na wrzucaniu Polaków w maszynkę do mielenia mięsa (znamienne, jak odległe są te postawy od tego co o powstaniu mówili i pisali – nawet tuż po wybuchu powstania – narodowcy, co o powstaniach pisał Dmowski). Ci, którzy pełnią współcześnie (w „polskim trójkącie bermudzkim”) funkcje dyżurnych zdrajców Polski (PO, michnikowszczyzna, palikociarnia, libertariański klaun Mikke, SLD) formułują oceny bliższe racjonalnej postawie endeków z 1944!
Normalny, zdrowy na umyśle Polak może tylko szczerze nienawidzić obu stron udających konflikt w tej szopce – żadna z nich nie może zaoferować programu ani postawy, która nie odrzuca – albo zdradą narodową, albo – piramidalną głupotą swojej „historiozofii”. W ten sposób na scenie politycznej narodowiec musi wybierać pomiędzy pseudopatriotycznym, histerycznym obłędem podszytym mistycyzmem („Polska Chrystusem narodów, żeby nie Powstanie, Stalin dotarłby do Renu, ocaliliśmy Europę”) – albo racjonalnymi w ocenie rzezi narodowych zdrajcami.

Pora na wnioski: mit Powstania Warszawskiego jest drugim (co jest pierwszym – nie chcę pisać) kluczem socjotechniki, która zamyka Polakom drogę do racjonalnych postaw narodowych, jest tym, co gwarantuje, że od PiSowskiego „patriotyzmu” nie da się przejść do postaw nacjonalistycznych.

Racjonalne postawy wobec afirmacji samobójczego obłędu (którą, w połączeniu z histeryczną rusofobią, uwiarygadnia się przed Polakami PiS niczym Kuroń z Michnikiem w 1968 na dejmkowskich „Dziadach” – ciekawe dlaczego oni zawsze muszą się uwiarygadniać tym samym?) w końcu zwyciężą. Nawet obecnie są na tyle groźne, że osoby je głoszące są niszczone i oczerniane przez „uną” agenturę, dbającą o to, by Polacy nie dorobili się świadomości narodowej. Jako naród goim Polacy mają wiecznie krążyć w labiryncie pseudopatriotycznych jasełek organizowanych przez „starszych i mądrzejszych” co w ornatach na mszę za Polskę ogonem podzwaniają. Groźny dla „unych” jest również prewencyjnie opluty panslawizm, bo jest naturalną konsekwencją poglądów narodowych. Panslawizm to proste przeniesienie logiki myśli narodowej na poziom rodziny narodów. Słowian dzielą kultury, ale łączy wspólne pochodzenie i wspólny los niewolników. I jeden rabujący ich wróg.

Generalnie nadjordańskich agentów najłatwiej rozpoznaje się właśnie po wrogości wobec panslawizmu i atakowaniu polskich narodowców, którzy próbowali działać jawnie w warunkach PRL (PAX, Grunwald). Dlaczego tak jest? Ośmieszanie panslawizmu to składnik działań zmierzających do politycznej izolacji Polski – i zdania jej na łaskę obecnych „okupantów” oraz ich sojuszników – którzy przecież dużym wysiłkiem doprowadzili Polskę do obecnego stanu. Co do ataku na „endokomunę” – to jednocześnie walka z niebezpiecznymi wzorcami i odreagowanie traumy. Jedynie te organizacje (PAX, Grunwald) stanowiły realne zagrożenie dla władzy „starszych i mądrzejszych”, tylko one kultywowały świadomość narodową i mogły zdobyć masowe poparcie, mogły jawnie głosić swoje poglądy. I głosiły, demaskowały środowisko KOR. Jakże znienawidzony jest dziś i wyśmiany Albin Siwak, jak opluty Bolesław Piasecki, jak sponiewierani są Poręba i Filipski. Dziwne tylko, że jednym głosem woła tu PiSowski „patriota” i Michnik. Niech czytelnik zgadnie, czy to o „Moskwę” się tu rozchodzi, czy o coś innego. Gdyby „Grunwald”, PAX lub inna organizacja narodowa zdobyła społeczne poparcie, to nawet jeśli okrągły stół by przebiegał wewnątrz plemienia, Polacy mogliby wygrać w demokratycznych wyborach po 1989. Niestety pewien prestidigitator ukołysał naród tak, że do dziś się Polacy nie obudzili, mimo, że ręka od dawna w nocniku.

Aktualizacja 13.08.2012 – S. Michalkiewicz gromi panslawistów i „endokomunę” niczym Michnik

Z dużą przyjemnością zauważyłem, że niniejszy tekst został uznany przez S. Michalkiewicza za tak groźny, że raczył poświęcić mu ostatni akapit swojego kolejnego felietonu. Jakości felietonu nie skomentuję (niech czytelnik sam oceni, linkuję poniżej), natomiast ostatni – doklejony na siłę akapit zamieszczę tu w całości, ze względu na to, że demaskuje S. Michalkiewicza:

(..)I dopiero na tym tle lepiej rozumiem falę krytyki, jaka pod moim adresem podniosła się ze strony „prawdziwych patriotów”. No dobrze – ale jak właściwie odróżnić prawdziwego patriotę od fałszywego? Na szczęście jeden prawdziwy patriota się wygadał, że po stosunku do panslawizmu i Albina Siwaka. Kto nie popiera panslawizmu i nie uważa Albina Siwaka za jasnego idola, nie jest prawdziwym patriotą, żeby tam nie wiem co. Jest w tym pewna ciągłość, bo w latach 60-tych na Rakowieckiej od panslawistów zaroiło się do tego stopnia, że nie można było splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić. Zachwyty nad Albinem Siwakiem pojawiły się później, w ramach odpowiedzi zdrowej części klasy robotniczej na „Solidarność”. Dzięki temu już wiemy, gdzie mieści się kuźnia prawdziwego patriotyzmu.
Źródło: Realismus wszechsłowiański w Parszawie

Warto na wstępie zauważyć, że określony stosunek do „endokomuny” i panslawizmu był uznany za symptom przynależności do grupy zgoła innej niż „prawdziwi patrioci” (no, chyba, że nie polscy; to łatwo sprawdzić rzucając okiem kilka akapitów wyżej). O obowiązku występowania określonego stosunku do „endokomuny” i panslawizmu u narodowców zgoła niczego tam nie napisano.
Ponadto wygląda na to, że pan Stanisław nie odróżnia wciąż przywoływanych „prawdziwych patriotów” od narodowców. Dziwne, bo jest krytykowany z pozycji narodowych, a nie „patriotycznych”, o czym czytelnik powinien w tym miejscu tekstu wiedzieć. O roli panslawizmu w wyciągnięciu Polski z bagna, w jakim się znajduje napisałem tu zbyt mało, spróbuję ten brak uzupełnić w następnych tygodniach. W skrócie – wyrwanie się spod okupacji niemiecko-francusko-„międzynarodowej” wymaga oparcia w sile gwarantującej, że Polska nie stanie się drugą Libią. Taką siłą może być federacja słowiańska. Bez Rosji taka federacja może być zbyt słaba politycznie i militarnie. Dodatkowo – potrzebny jest dostatecznie duży rynek wewnętrzny potencjalnej słowiańskiej alternatywy dla Unii Europejskiej. Czy taka alternatywa jest potrzebna Polakom? Jak dotąd Unia Europejska oznacza dla Polaków katastrofę demograficzną, likwidację przemysłu, bezrobocie, masową emigrację i utratę suwerenności ocierającą się o likwidację państwa polskiego. Wnioski?

Oczywiście spłycenie przez S. Michalkiewicza kwestii „endokomuny” (PAX, „Grunwald”) do A. Siwaka jest kpiną z czytelnika. Niemniej – o Albinie Siwaku najłatwiej wyrobić sobie zdanie, czytając jego książki. Ponieważ nikt nie kupi książki, o której czegoś nie wie, oto kilka próbek:

  1. Albin Siwak o Doladzie Tusku – szokujące wspomnienie; 13.06.1992 (Tusk) Przedstawił (…) swój program pełnej autonomii dla Pomorza (Kaszub), które powinno posiadać, nie tylko własny rząd, ale własne wojsko i własne pieniądze.
  2. Albin Siwak o haniebnych zachowaniach Żydów w czasie okupacji i bezpośrednio po wojnie.
  3. Słowo wstępne do książki „Bez Strachu” Albina Siwaka
  4. Albin Siwak, marszałek Marek Borowski i … nieznane mechanizmy funkcjonowania rzeczywistości polityczno-wydawniczej III RP

No i na koniec można pokusić się o taką refleksję – z perspektywy czasu „zachwyty (, które) nad Albinem Siwakiem pojawiły się później, w ramach odpowiedzi zdrowej części klasy robotniczej na „Solidarność”” wydają się coraz bardziej na miejscu. Bo czym była „Solidarnosć”, komu służyła i jakie dała owoce? Przecież nie te, o których „autorytety” opowiadają w mediach. Czy postawa Siwaka wobec „Solidarności” jest godna zachwytów? Nie wiem. Na pewno – warta refleksji.
_________________________

Poniższe rozważania nie należą do tematu artykułu – służą przedstawieniu odbioru pewnych tekstów w polskiej blogosferze przez … administratorów platform blogerskich. Jak więc wygląda nakładanie kagańca na różnych platformach?

  1. Na marginesie tych rozważań – kiedy na niepoprawnych chciałem skomentować tekst Seawolfa , pt. „Powstanie – alternatywa?” , moje uwagi były natychmiast usuwane przez moderatora, mimo, że nie zawierały treści obraźliwych bądź naruszających regulamin. Następnie (w ciągu kilku minut) odebrano mi uprawnienia blogera i możliwość komentowania – bez ostrzeżenia lub komentarza ze strony administracji. Ukryto kilka innych moich wpisów o Powstaniu Warszawskim – również bez podania przyczyn. Praktyki na niepoprawni.pl są szkodliwe, ponieważ wypowiedzi mijające się z prawdą historyczną (mity powstańcze) cenzurowane na tym portalu nie są, a wielu poszukujących „wartości” i „patriotyzmu” czytelników pod wpływem „autorytetu” blogerów o nikłej wiedzy historycznej oprze swoje poglądy i postawy o brednie. Notka Seawolfa to panteon najbardziej kłamliwych stereotypów i mitów powstańczych, jakie występują w mitologii tej narodowej katastrofy. Znamienne jest, że podstawowym narzędziem „polemiki” środowisk „patriotycznych”, które od pewnego czasu pluły pod zamieszczanymi przeze mnie tekstami było zgłaszanie każdej mojej wypowiedzi do moderacji.
  2. Niniejszy tekst, po opublikowaniu na niepoprawni.pl został – zwyczajowo w przypadku moich notek ostatnio – usunięty z listy wyświetlanych nowo dodanych artykułów. Chwała administracji niepoprawni.pl, że ogranicza się do „miękkich represji” (salon24 ukrył hurtowo wszystkie moje wpisy i komentarze, a o działaniu na Nowym Ekranie – piszę poniżej). Postawę administracji niepoprawni.pl (ograniczanie się do „miękkiej cenzury” – czyli umiar w represjach) szanuję o tyle, że niniejszy tekst zasadnie krytykuje stanowisko środowisk, z którymi administracja niepoprawni.pl jest związana i łatwo się domyśić, z jakim trudem go toleruje.
  3. Na drugim marginesie tych rozważań: powyższy tekst został skasowany przez administrację Nowego Ekranu, moje konto na tej platformie blogerskiej zostało zablokowane, a komentarze – skasowane. Od administracji portalu otrzymałem następujące wyjaśnienie:

    Von: Administracja NowyEkran.pl
    An: Palmer Eldritch
    Gesendet: 22:58 Dienstag, 14.August 2012
    Betreff: Re: Formularz kontaktowy: Chcę prowadzić bloga, proszę o alfanumeryczny kod z zaproszenia

    Witam

    jak już we wcześniejszej korespondencji prosiliśmy :
    > Administracja NowyEkran.pl
    > 13.08 (1 dzień temu)

    > do p.e.1984
    > Witam
    > Prosimy o przesłanie kilku swoich tekstów z poprzednich blogów.
    > Pozdrawiam

    nie otrzymaliśmy on Pana tekstów do oceny tematyki, jaką chce Pan poruszać na blogu. Po Pańskiej publikacji, która nie tylko nie licuje z linią naszego portalu, ale na dodatek jeszcze jest atakiem na jednego z naszych blogerów, co stanowi naruszenie regulaminu w punkcie 4 zasad publikowania. Po przejrzeniu innych tekstów na Pańskim blogu na WordPressie utwierdziliśmy się tylko w przekonaniu, iż nie jesteśmy zainteresowani Pańskimi publikacjami.Wobec tego administracja podjęła decyzję o skasowaniu bloga.

    Pozdrawiam
    Agnieszka O***** (Ciri http://cirilla.nowyekran.pl/)
    Redaktor & Administrator

    To nie zamyka tej historii. Oto na Nowym Ekranie pojawiło się pytanie o zamknięcie mojego bloga na tamtej platformie – na które Łażący Łazarz odpowiada dość kłamliwie (lub dezinformująco):

    Kowal napisał:
    Bardzo ważne pytanie do administracji NE. O co chodzi ? cytuję :

    No to sobie popisałem na Nowym Ekranie. Za publikację tekstu „Jak dyżurni pseudopatrioci szczują na narodowców. Ślepa uliczka hagiografii Powstania Warszawskiego.” zablokowano mi konto i usunięto wszystkie wypowiedzi, nawet te sprzed pół roku, które dotąd nikomu nie wadziły. (…)

    Moje pytanie brzmi ,czy to prawda ,że usuneliście mu komentarze i wpis ?
    (link: http://dziennikarze.nowyekran.pl/post/71537,pozar-hotelu-w-ruscu-pod-warszawa#comment_581518)

    Łażący Łazarz napisał:
    @kowal 23:26:59
    Poszło o zasady. Przy przydziale kodów weryfikujemy blogerów (staramy się unikać troli). Koleś obiecał, że przysle linki do swoich tekstów a admini, że jak weryfikacja pójdzie ok. to kod dostanie.
    Koleś postapił jednak inaczej, skontaktował sie ze mna i nic nie mówiąc o ustaleniach z adminami wyłudził kod do założenia bloga. Gdy w ten sposób sie dostał do NE i zaczął publikować – wyleciał za nieuczciwość i manipulację. Oczywiście nie musi byc to na stałe, ale NE nie lubi takiego cwaniakowania.
    (link: http://dziennikarze.nowyekran.pl/post/71537,pozar-hotelu-w-ruscu-pod-warszawa#comment_581571)

    W kwestii kodów – wysłałem kilka podań w ciągu kilku minut, istotnie otrzymałem prośbę od Ciri o linki do publikacji, ale po tej prośbie Łażący Łazarz przesłał mi kod. Uznałem, że sprawę załatwiła administracja między sobą – i że wymogi pokazania publikacji są mało istotne, skoro Łażący Łazarz bez żadnych pytań o publikacje wysyła kod komuś, kogo publikacje łatwo znaleźć wpisując jego pseudonim na NE do wyszukiwarki. No i po co kłamać, że „obiecywałem przesłać linki”, skoro nic takiego nie miało miejsca (gdybym obiecał, to bym przesłał, co niczego by nie zmieniło, jak się za chwilę okaże)?
    Doprawdy więc panie Łażący Łazarzu poszło o „zasady”? Jak pani Ciri pisze:

    (…)Po Pańskiej publikacji, która nie tylko nie licuje z linią naszego portalu
    (…)Po przejrzeniu innych tekstów na Pańskim blogu na WordPressie utwierdziliśmy się tylko w przekonaniu, iż nie jesteśmy zainteresowani Pańskimi publikacjami

    to chodzi jej o „zasady”, czy o cenzurę prewencyjną? Można robić idiotów z czytelników, bo po zablokowaniu konta Panie Łażący Łazaru – nie odpowiem. Dodajmy jeszcze, że zasadna krytyka S. Michalkiewicza owszem jest atakiem, ale pan Michalkiewicz nie jest świętą krową, a wszystko, co o jego wypowiedzi i roli piszę – jest prawdą, widać niewygodną (jak i reszta moich publikacji) dla właścicieli Nowego Ekranu.

    Po raz kolejny potwierdzają się obserwacje zawarte w tekście Fora fałszywych prawd – i z góry zaplanowanych autorytetów.

Przeczytaj również:
Jeszcze raz o antypolskim pseudopatriotyzmie i jego piewcach

Czytaj więcej

Bajędy Seawolfa o Powstaniu Warszawskim

Niemiecka ulotka zrzucana nad Warszawą

Niemiecka ulotka zrzucana nad Warszawą

Polemika z bardzo kiepskim tekstem znanego „oszołoma, jaskiniowego antykomucha” Seawolfa. Komentowany tekst, pt. „Powstanie – alternatywa?”, opublikowany został na Niepoprawnych. Za opublikowanie tej polemiki blog autora na niepoprawnych został usunięty bez ostrzeżenia lub komentarza ze strony administratora. Kilka innych wpisów autora zostało bez podania przyczyn ukrytych przed czytelnikami platformy blogerskiej niepoprawni.pl. Te praktyki są szkodliwe, ponieważ wypowiedzi mijające się z prawdą historyczną (mity powstańcze) cenzurowane na tym portalu nie są, a wielu poszukujących „wartości” i „patriotyzmu” czytelników pod wpływem „autorytetu” blogerów o nikłej wiedzy historycznej oprze swoje poglądy i postawy o brednie. Notka Seawolfa to panteon najbardziej kłamliwych stereotypów i mitów powstańczych, jakie występują w mitologii tej narodowej katastrofy.
Znamienne jest, że podstawowym narzędziem „polemiki” środowisk „patriotycznych”, które od pewnego czasu pluły pod zamieszczanymi przeze mnie tekstami było zgłaszanie każdej mojej wypowiedzi do moderacji.

Przejdźmy jednak do tekstu Seawolfa.

seawolf napisał:
Hitler planował zniszczenie Warszawy jeszcze przed wybuchem powstania. Bodajże w styczniu, czy lutym 44 wyraźnie mówił, że choćby Rzesza miała zginać, to siedlisko polskiej dumy będzie zniszczone.(…) To, co chciał zniszczyć swoja ojczyznę, Rzeszę, a zostawiłby w spokoju Warszawę? Bo AK nie zrobiłoby powstania?

Również Kraków miał być zniszczony. Został nawet zaminowany. Warszawa w lipcu 1944, poza mostami, zaminowana nie była. Kraków zniszczeniu nie uległ, mimo zaminowania. Warszawa?

seawolf napisał:
Ciekawe, że nikt nie zarzuca powstańcom w Getcie, że swym bezrozumnym oporem doprowadzili do zniszczenia Getta i zagłady Żydów. Byłoby to idiotyzmem, bo zagłada była postanowiona i tak. Problem polegał na tym, czy dać się zabić, jak barany, czy walczyć i zginąć, jak bohaterowie.

Przede wszystkim – Żydzi pomagali do samego końca wysyłać innych Żydów na śmierć. Do powstania doszło, kiedy hitlerowcy złamali umowę – i postanowili zgładzić również Żydów, których obiecali oszczędzić. To nie są fakty szeroko znane w Polsce, pisze o nich Roman Kafel w opracowaniu „Spotwarzona przeszłość”. Czym innym jest obrona w obliczu zagłady już odbywającej się, a czym innym – sprowokowanie zagłady. Żydzi Hitlera nie prowokowali.

seawolf napisał:
Większość ofiar Powstania, to wymordowani mieszkańcy Woli, rozstrzelani bez względu na walki, czy ich brak. Kto odpowiada za zabójstwo, Niemcy, czy AK?

Mieszkańcy Woli nie stanowią większości pomordowanych. Na początku tekstu Powstanie Warszawskie w oczach Polaka (3) pokazuję komunikat TASS i oświadczenie Rządu JKM w sprawie niekoordynowania planów działań przez dowództwo AK ze Stalinem i Churchillem. Mając amunicji na 2 dni walki i broń dla 3,5 tys ludzi należało raczej mieć pewność, że dostatecznie silne wsparcie zostanie udzielone szybko. Doświadczenia oddziału „Hubala”, Wawer, odwetowy mord na 140 więźniach Pawiaka po akcji pod Arsenałem i wiele innych niemieckich mordów terrorystyczno-odwetowych dobitnie pokazały, czego można się po Niemcach spodziewać. Jaką pomoc dowództwo Powstania Warszawskiego zagwarantowało swoim podkomendnym i ludności cywilnej Warszawy? Co zagwarantował rząd Mikołajczyka, dający wolną rękę ośrodkom krajowym w zakresie wyboru momentu wybuchu powstania?

seawolf napisał:
Tak, powstanie było klęską, bo alianci nie pomogli, zresztą, trzeba tu oddać sprawiedliwość, że nie mogli- loty z zaopatrzeniem nad Warszawą miały największe statystyki strat w całej wojnie. Samoloty musiały lecieć przez całą Europę, i zamiast lądować na sowieckich lotniskach kilka kilometrów za frontem, zatankować, opatrzyć rany, naprawić przestrzeliny, musiały wracać tą samą drogą, doskonale znaną Niemcom, bo innej nie było.

Ile ton zaopatrzenia potrzebuje dziennie trzy dywizje piechoty broniące powiedzmy – 200 000 cywilów? Czy zgoda na lądowanie coś by zmieniła? Z jakiej racji Stalin, znając plany dowództwa AK ( http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?p=1516375#p1516260 plus http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=20&t=127923&st=0&sk=t&sd=a&start=350#p1561864 ) miałby takiej zgody udzielić? Jakiej przepustowości lotnisk wymagałby taki most powietrzny? Czy Seawolfowi coś wiadomo o tym, gdzie były lotniska nadające się do przyjmowania bombowców strategicznych? Czy Seawolf uważa, że te bombowce mogły lądować na zwykłych lotniskah polowych (tak, żeby potem jeszcze wystartować)?

seawolf napisał:
Polska Brygada Spadochronowa, która była sformowana właśnie do wspomożenia Armii Krajowej w Polsce, krwawiła zamiast tego pod Arnhem.

SBS to ok. 2000 ludzi. Co taka jednostka, nawet przy założeniu, że by doleciała, mogła zmienić w stosunku sił? Desanty „Kościuszkowców” poniosły straty w zabitych większe niż cała SBS.

seawolf napisał:
I tym większa hańba pada na Sowietów, którzy nie dość, że zatrzymali ofensywę i z niezmąconym spokojem przypatrywali się egzekucji, którą sami by zrobili, ale Hitler ich wyręczył,

Co do zatrzymania ofensywy – walki o utrzymanie przyczółka warecko-magnuszewskiego trwały od kiedy do kiedy? Jak wyglądała kwestia przyczółka sandomierskiego? Kiedy Armia Czerwona osiągnęła linię Narwi? Bo samo zajęcie przedmościa praskiego było opóźniane. Ale co do „zatrzymania ofensywy”, to mit, rozpowszechniany w celu zrzucenia odpowiedzialności za klęskę powstania. Przy zapasach amunicji na 2 dni należało rozpocząć walkę na 2 dni przed zajęciem Warszawy. To zajęcie mogło nastąpić po zajęciu Pragi, osiągnięciu linii Narwi i zdobyciu przyczółka na północ od Warszawy. Gdzie było prawe skrzydło wojsk Rokossowskiego 1.VIII 1944? A 2gi Front Białoruski? Abstrahując od powyższego – przypomnijmy sobie o braku koordynacji planów powstania ze Stalinem – i braku interesu politycznego w ratowaniu AK z opresji, w którą samo się wpakowało. Mamy pretensje do ludojada, że jest ludojadem, a jednocześnie uzależniamy sukces naszej operacji od tego, że ludojad zachowa się jak nie-ludojad, mimo, że nasza operacja jest wymierzona w interesy ludojada – i nawet nie próbowaliśmy z ludojadem czegokolwiek uzgadniać?

seawolf napisał:
ale wręcz wyraźnie zapowiedzieli, że każdy aliancki samolot, który przeleci na ich stronę, będzie traktowany, jak wrogi. To znaczy, powiedzieli, ze niestety nie mogą gwarantować ich bezpieczeństwa. Wstrzymali loty swojego lotnictwa, na lotniskach o kilka minut od Warszawy, by Stukasom nic nie przeszkadzało.

Co robił Mikołajczyk, aby ten stan rzeczy zmienić? Rozmowy w Moskwie zakończyły się niczym, Mikołajczyk nie posłuchał rad ambasadorów UK i USA i oznajmiając swoim współpracownikom, że „Sowieci zmiękną” 10 sierpnia wyleciał z Moskwy. Żadnego porozumienia politycznego nie było. Była próba Mikołajczyka w dniu 9 sierpnia (wyjednano ze strony emigrantów jeszcze jedno nieprzewidywane 3 sierpnia przez pewnego wówczas „sukcesu” Mikołajczyka spotkanie na Kremlu) i potem odwoływania się do sentymentalizmu jako głównego argumentu – bo na żadne konkretne ustępstwa nie chciał iść.

seawolf napisał:
Pod koniec września, gdy prawdopodobne były rokowania w celu kapitulacji, zaczęli zrzuty zaopatrzenia, by podtrzymać złudzenia Powstańców i podtrzymać walkę. I zniszczenie. Temu samemu służył niewielki desant żołnierzy 1 Dywizji Berlinga pod koniec września.

Powstańcy mogli skapitulować już 18 sierpnia – na prawach kombatanckich, czyli bez groźby rozstrzelania żołnierzy AK. Vide http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=20&t=130552#p1592516. To nie jest bardzo szeroko znany fakt. Swego czasu była o tym dyskusja na forum „historyków”.

seawolf napisał:
Warszawiacy byli od lat gotowi do walki, wspomnienia pokazują wręcz kipiący pod przykrywką kocioł. W przeddzień powstania Niemcy wezwali do kopania rowów 100 tysięcy młodych ludzi. Nikt się nie zgłosił. Nieuchronnie nastąpiłyby represje, wyciągania ludzi z domów, nieuchronnie doszłoby do niekontrolowanych potyczek, strzelanin, ofiar. Pamiętajmy, że wciąż obowiązywała zasada, że Niemcy rozstrzeliwali 100 Polaków za każdego zabitego Niemca. I robili to.

Można wyciągnąć kilka wniosków. Jeśli wzywano do prac fortyfikacyjnych, to raczej potrzebowano ludzi żywych, nie martwych. Dodatkowo do starć i zagrożenia potyczkami przyczyniły się samowolne i katastrofalne w skutkach działania A. Chruściela („Montera”), o czym pisał Jan Kurdwanowski ( tekst „Dekonspiracja warszawskich oddziałów AK przed Powstaniem”)

seawolf napisał:
Zamiast ofiar powstania mielibyśmy ofiary masowych represji, Polaków wyciąganych z domów i mordowanych, jak barany w pokazowych egzekucjach.

Ale czy mielibyśmy takie scenki jak te tutaj – to bardzo wątpliwe. Podobnie jak ostrzał dzielnic przy użyciu artylerii i bombardowania.

seawolf napisał:
Wyszłoby na to samo, z drobną różnicą- hańbą bezradności i bezczynności.

To ja poproszę o uzasadnienie, bo nijak nie widzę, w jaki sposób miałoby „wyjść na to samo”. Czy w Łodzi „wyszło na to samo”? A w Poznaniu? A w Krakowie?

seawolf napisał:
Już widzę, jak ci wszyscy krytycy Powstania wrzeszczeliby o hańbie AK, która, mają zorganizowane oddziały i broń pozwoliła, by Warszawiaków wymordowano, jak barany, a miasto zniszczono zgodnie z rozkazem Hitlera.

Jaką broń? Jakie oddziały? 35 000 zaprzysiężonych i uzbrojenie dla 3500? Z amunicją na 2 dni działań? Garnizon niemiecki liczył 20 000 ludzi, był uzbrojony po zęby, także w broń pancerną i artylerię – i amunicji oszczędzać nie musiał.

seawolf napisał:
Przecież głównym motywem komunistycznej propagandy było rzekome stanie z bronią u nogi, podczas, gdy bohaterska Armia Czerwona krwawiła za pokój i socjalizm i za Stalina, co, oczywiście na to samo wychodzi.

Koordynacja działań z Armią Czerwoną byłaby w tej sytuacji lepszym pomysłem niż improwizacja na własną rękę. Choćby ze względu na życie 120-200 tys cywilów.

seawolf napisał:
W PPRowskich biuletynach pełno jest frazesów o zdrajcach narodu z AK, o mózgach przeżartych zdradą i tchórzostwem, W przeddzień Powstania radiostacja PPR, szczekaczka NKWD, nawoływała ludność Warszawy do walki.Dnia 30 lipca 1944 roku w godzinach; 15.00, 20.55, 21.55, i 23.00 wyemitowała czterokrotnie komunikaty nawołujące ludność Warszawy do powstania przeciw Niemcom.

Żydokomunistyczna radiostacja mogła sobie nawoływać do woli i nikogo to nie obchodziło. Pisał o tym Pobóg-Malinowski dawno temu.

seawolf napisał:
Co czekało Akowców po „wyzwoleniu”, wiemy, wystarcza popatrzeć na Wilno, na Kresy, na obławę Augustowską. Śmierć i łagry czekały na nich niezależnie od tego, co zrobili, bądź nie zrobili. Współpracowali z sowietami, czy też się ukrywali.

Rząd londyński, Naczelny Wódz i dowództwo AK walnie się przyczyniły do zgotowania takiego losu swoim podkomendnym. Żołnierzy AK rzucili do konfrontacji z siłami, z którymi AK zwyciężyć nie miała szans. Życie i zdrowie patriotów narażono na szwank w imię demonstracji politycznej, z której korzyści nie mogło być żadnych. Gdyby Mikołajczyk mógł pójść ścieżka Benesza, nie pojawiłyby się takie preteksty do prześladowań, jak ten mało znany rozkaz i parę innych „epizodów”.

seawolf napisał:
Wszystko jedno. Los był jednakowy, bo i rozkazy były jednakowe.
Uderza analogia z innymi powstaniami, Podnosi się ich koszt, ofiary, zapomina, co było ich alternatywą i dlaczego wybuchły.
Powstanie Listopadowe wybuchło, gdy powstał plan wysłania doborowej armii Królestwa Kongresowego do tłumienia rewolucji belgijskiej, Powstańcy nie mieli alternatywy- krwawić, czy nie krwawić. Alternatywą było, krwawić za Ojczyznę, czy jako okupanci i pacyfikatorzy Belgii.

Polacy w wąwozie Somosierra czy na Haiti … No i pozostaje jeszcze rachunek potencjalnych zysków i strat. Czy tłumienie rewolucji belgilskiej przyniosłoby Królestwu Polskiemu takie straty materialne i ludzkie, jak Powstanie Listopadowe i Wielka Emigracja.

seawolf napisał:
Podobnie Powstanie Styczniowe wybuchło w reakcji na brankę Wielopolskiego. Młodzi ludzie mieli do wyboru- walczyć za Polskę albo odsłużyć 20 lat w armii rosyjskiej gdzieś na Kaukazie.

Branka była próbą powstrzymania wybuchu powstania przez Wielopolskiego, który zdawał sobie sprawę, z tego, jaką katastrofą musi ono się zakończyć – ale nie zdołał z tą wiedzą dotrzeć co „patriotów”, nie potrafiących liczyć.

seawolf napisał:
Powstańcy Warszawscy w istocie mieli do wyboru- walczyć i ginąć z bronią w ręku za Ojczyznę, albo ginąc w dole w wapnem z sowiecką, albo niemiecką kulą w potylicy, albo wysadzeni poniemieckimi minami w jakiejś stodole przez NKWD.

Kto taki wybór im pozostawił, jeśli nie polscy politycy z Londynu?. Benesz potrafił inaczej ułożyć relacje z ludojadem. Nie mógł uniknąć strat, ale je ograniczył. Czesi mają „złotą Pragę”. A Polacy – 200 000 grobów.

seawolf napisał:
(…)Faktem jest, że zniszczenie Warszawy i oddziałów AK było na rękę Sowietom. Z drugiej strony, zatrzymało tychże Sowietów na pół roku, odwróciło kierunek całej ofensywy na południe, Sowieci, zamiast na zachód, poszli na południe, na Słowację, Węgry, Rumunię. Te pół roku zdecydowało, że granica między Zachodem i Wschodem przebiegała na Łabie, a nie na wybrzeżu Atlantyku. Czyli zdecydowała o tym, że w końcu Imperium Zła się zawaliło, a myśmy wygrali. Czyli, w jakimś sensie, Powstańcy wygrali.

Strefy operacyjne i okupacyjne były uzgodnione dużo wcześniej – i alianci zatrzymali się na Łabie, mimo, że mogli dotrzeć do Berlina. Opuścili Czechy. ZSRR wycofał się z Austrii, nie udzielił pomocy partyzantom z ELAS, których wybijali Anglicy. Front zatrzymał się zgodnie z planem (vide tekst N. Bączyka w Poligonie, nawet wycofywano z niego jednostki, które miały wziąć udział w dawno zaplanowanej ofensywie na Bałkanach (tam gromadzono środki zanim jeszcze „Bagration” się skończył pod Warszawą).

Czytaj więcej